Plażowo

Na plaży mnóstwo ludzi się smaży. Też bym się tam podsmażała, gdybym lepiej znosiła słońce, żeby nie wyglądać jak albinos wśród osobników o czekoladowej barwie skóry. Najchętniej odwiedzam plaże pod wieczór. Gdy jest jednak gorąco, nawet wieczorną porą ładniejsze (czytaj: piaszczyste, bez dużych kamieni i roślinności) plaże są przeludnione. Nie wiem jak Ty, ja nie lubię miejsc, gdzie czuję się jak sardynka w puszce. Wolę miejsca ustronne. Nie ryzykuję tam kopniaków w łydki i piasku w jedzeniu, bo udając się nad morze często zabieram z sobą kawałek strawy. Na łonie natury nawet prosty posiłek smakuje jak wystawne danie w eleganckiej restauracji! Wczoraj poplażowałam sobie z Mr ColoresVitae na niezbyt atrakcyjnej, ale pustej plaży.  On wściubił nos w jakieś czasopisma

… a ja tworzyłam bransoletki w stylu new age 😉

Po tych „wyczerpujących” zajęciach zjedliśmy śledzika z ziemniakami i creme fraiche. Za stół służył nam większy kamień i deska znaleziona przy wodzie, a muszle małż świetnie sprawdziły się w roli talerzy. Uwielbiam takie spartańskie rozwiązania.

Po biesiadowaniu oddaliśmy się błogiemu lenistwu brzuchami do góry. Nie trwało ono długo. Uwagę Męża przykuła „fatamorgana”,

moją natomiast kamienie i wygładzone falami drewno oraz kawałki szkła.

Ciekawa jestem czy zachęciłam Cię tym wpisem do wypadu w naturę?

Słonecznie pozdrawiam/Lilit

 

Reklamy

Na moim lipcowym balkonie

Od Twoich odwiedzin na moim balkonie w maju trochę się tam zmieniło. Pomyślałam, że może masz ochotę na kolejną wizytę. Przez ciepły czerwiec rośliny sporo podrosły. Sukulentom zaczyna robić się ciasno w przydzielonej im doniczce.

Od dwóch tygodni bujają się nad petunią zwiewne kwiaty żurawki. a pnącza dzikiego wina dekoracyjnie wychylają się poza balkonową poręcz.

Kalia, o której wspomniałam tu wiosną, zakwitła tylko jednym kwiatem. Nie szkodzi. I tak jest piękna! Bardzo podobają mi się jej nakrapiane liście.

Wietrzne przedpołudnia ostatnich dni sprawiały, że musiałam z nią uciekać do mieszkania. Czego się nie robi dla takiej ślicznotki!

Szałwia stepowa burmuszyła się na mnie w zeszłym roku i nie dała mi cieszyć oczu chociażby jednym kwiatem. W tym roku jest w lepszym humorze! Tojeść rozesłana rozjaśnia swą słoneczną barwą zacieniony kasztanowcem kącik, a różne rodzaje mięty tłoczą się w jednym lokum. Wkrótce je przetrzebię (w planach miętowy syrop i miętowy cukier).

Czym by Cię tym razem poczęstować… Lubisz smoothie z owoców sezonowych? Te z malin, czarnych porzeczek i ich czerwonych „sióstr” są cudownie orzeźwiające, co pasuje jak ulał do obecnych upałów.

Upiekłam też biszkopt z zebranymi wczoraj w lesie malinami. Masz ochotę na kawałek albo dwa?

Balkon nie potrafi w pełni zastąpić ogrodu, ale niezmiernie się cieszę, że go mam!

Pozdrawiam, życzę przyjemnego weekendu i zapraszam do jesiennych odwiedzin mojej oazy w środku miasta 🙂 /Lilit

 

Kuchnia po remoncie

Kiedy słyszy się słowo REMONT, kojarzy się je zazwyczaj z przewróceniem domu/mieszkania „do góry nogami”. Podczas remontu mojej kuchni skończyło się na wymianie blatów i kafelków. I na szczęście, że na tym się skończyło! Kuchenne szafki posłużą mi dłużej, chociaż… marzą mi się inne. Podłoga jest w dobrym stanie, chociaż… marzą mi się płytki. Nie jest wykluczone, że ściany zmienią kolor, ale absolutnie nie w tym roku. Mieszkaniowe metamorfozy muszę dozować, aby zupełnie nie opaść z sił.  Moja kuchnia wygląda obecnie tak.

Z kafelków jestem ogromnie zadowolona. Mają ciekawą strukturę i ślicznie odbija się w nich światło.

Dekoracji na nowych blatach kuchennych nie wymieniłam na inną, jeszcze mi się nie przejadła. Dorzuciłam tam jedynie duży kubek z zielonościami.

Porcelana zza witryny jednej z szafek przyklaskuje przeobrażeniom. Ja też!

Przy okazji pochwalę się kolejną zdobyczą z sh. Jest nią stylowa (moim zdaniem) lampka. Przydzieliłam jej miejsce na parapecie kuchennego okna.

Bukiety na kuchennym stole zmieniają się regularnie. Przecież jest lato! A latem, pomimo iż tegoroczna susza w południowej Szwecji daje się przyrodzie we znaki, ciągle coś kwitnie, a zbieranie polnych kwiatów przysparza mi mnóstwo radości. Różowy krwawnik pospolity jest, w całej swojej prostocie, uroczą ozdobą wazonu.

Odświeżona kuchnia zachęca mnie do kuchmarzenia, z czego niezmiernie cieszy się mój Mąż 😉

Pozdrawiam/Lilit

 

Nigdy więcej!

Przez cały zeszły tydzień miałam w mieszkaniu remont. W sypialni i w kuchni. NIGDY WIĘCEJ na coś takiego się nie piszę! Gdyby nie moja fibro wszystko przeszłoby bez większych problemów. Poradziłabym sobie z hałasem, wonią farb, zapachem nowego parkietu i kurzem tworzącym smog podczas usuwania kuchennych kafelków, które nie miały najmniejszej ochoty na separację ze ścianą. Fachowiec musiał więc dać im posmakować i młotka, i jakiegoś niezmiernie głośnego elektrycznego narzędzia.

Biedna ja!!! Sprzątanie zabrało mi kilka dni, pomimo wydatnej pomocy mojego Wikinga.  Aby zapomnieć o traumatycznym remoncie trafiły dziś do wazonów kwiaty i gałązki krzewów. To sprawdzony sposób na przyrost energii.

Postanowiłam też upiec coś słodkiego. To drugi sprawdzony sposób na przyrost energii. Sił wystarczyło mi jedynie na biszkopt z czarnymi porzeczkami.

Czy poczułam się wzmocniona jednym i drugim? Odrobinę 😉 Metamorfozy pokażę tu innym razem, bo jak to po remoncie bywa, chciałoby się zmienić to i owo w wystroju wnętrz. Wymaga to trochę czasu.

Pozdrawiam/Lilit

 

Czekoladowe pyszności

Przez ostatnie dwa lata zebrałam tyle przepisów na ciasta, ciastka i desery, że ich wypróbowanie zabierze mi kilka lat, bo robię to w iście żółwim tempie. Wczoraj wzięłam się w garść i sprawdziłam przepis na ciastka czekoladowe.

No i? Są przepyszne i tak cudownie pękają podczas pieczenia! 🙂 Oto przepis na nie, gdybyś i Ty chciała/chciał go wypróbować.

Pozdrawiam/Lilit

Więcej pudrowego różu

Nie tak jednak dużo, żeby zbierało się na mdłości. Urocza poducha na kanapie to prezent urodzinowy od moich bliskich. Jest inną wersją popularnej poduszki w formie węzła. Marzyła mi się od pewnego czasu i ją mam 🙂 Fajnie, uważam, współgra z ozdobami na konsoli za kanapą. W towarzystwie różnych odcieni niebieskości, odrobiny szarości, czarnych elementów i beżu, delikatny róż jest przyjemnym akcentem w pokoju dziennym. Do niedawna nie miałam nic przeciwko ostrzejszym kolorom. Obecnie wolę stonowane.

A teraz z innej beczki. Kocham zapach sandałowca! Snuje się on po moim mieszkaniu od kilku lat. Mam go w postaci olejku. Gdy zobaczyłam w sklepie świeczkę sandal wood w ładnym słoiczku. po prostu musiałam ją kupić.

Przez najbliższe dni po moim M3 będą się snuć mniej przyjemne zapachy. Remont sypialni oznacza drażniącą nos woń farb.

Cieplutko pozdrawiam/Lilit

 

Midsommar

Świętowałam wczoraj Midsommar – szwedzki odpowiednik polskiej Nocy Kupały.  Oj, jak ten czas szybko przemija. A ja z nim! Nie zdążyłam nacieszyć się długimi, jasnymi wieczorami a od dwóch dni są już krótsze. Oj, jak ten czas szybko przemija. A ja z nim! Nie zdążyłam… z wieloma rzeczami nie zdążyłam. Oj, jak ten czas szybko… STOP! Brzmię tu jak zacinająca się płyta winylowa.

W wigilię Midsommar, bo właśnie wtedy biesiadujemy, zadbałam o ubranie mieszkania w barwne bukiety polnych kwiatów,

odwiedziłam mój ulubiony port jachtowy, gdzie nakarmiłam oczy roztańczoną przy Midsommarstång (słupie majowym) grupą dorosłych i dzieci

… i uwiłam wianek, aby tradycji stało się zadość, Zamiast ozdobić nim głowę, jak to robią Szwedzi,

wrzuciłam go do wody mamrocząc pod nosem: Niech spełnią się wszystkie moje życzenia. O męża nie prosiłam, już mam 😉

Po powrocie do domu przygotowałam proste, letnie danie. Matiasy, młode ziemniaki, gotowane jajka, sałata, rzodkiewki, cebula i koperek czuły się świetnie w towarzystwie creme fraiche!

Na deser był tort truskawkowy, bo bez tych czerwoności podczas obchodów przesilenia letniego obejść się nie może, i…

… kolejne Midsommar przeszło do historii.

Pozdrawiam i życzę przyjemnego weekendu/Lilit

 

Od kilku dni przypominam szpaka…

… obżeram się czereśniami. Krążę wokół trzech drzew obsianych tymi owocami i jestem niezmiernie wdzięczna szwedzkiemu prawu, które przyzwala na zrywanie wszystkiego jadalnego na terenach komunalnych. To wspólne dobro i każdy może z niego korzystać. Korzystam więc! Zresztą nie tylko ja. Wczoraj przy drzewach (na skraju miasta, w bezpiecznej odległości od ulic i dróg o dużym ruchu) krążyły i inne „szpaki”. Te rasowe zdane były na konsumowanie czereśni na wysokości kilku metrów i dostały im się najdorodniejsze. Szkoda, że nie potrafię lewitować… Te słodkości najbardziej smakują mi prosto z drzewa. Demontracyjne wypluwanie pestek jest dla mnie częścią rytuału jedzenia czereśni, więc plułam sobie nimi. Nie musiałam czuć się zażenowana, inni robili dokładnie to samo. Na szczęście nikt nie doznał obrażeń. Po pierwszych objawach przejedzenia zawsze wypełniam owocami torebkę aby móc przejeść się nimi ponownie w domu. Ponieważ szanuję swoją pracę, rezygnuję w czterech kątach ze strzelania pestkami na prawo i lewo. Udowadniam tym, że potrafię zachowywać się jak istota cywilizowana 😉

A przetwory? Przecież warto zachować smak czereśni na okres zimy! Zachowałam. Po odpestkowaniu trafiły do zamrażarki. Nie jest wykluczone, że będzie z nich także kompot.

I jak tu nie kochać lata za jego kolory, zapachy i smaki!

Pozdrawiam/Lilit

 

Znalazłam poziomki!

Po przelotnych opadach deszczu i kilku chłodniejszych dniach pokazały się na krzewinkach nowe, tym razem soczyste okrągłości. Ku mojej ogromnej uciesze! Z połowy zbioru postanowiłam zrobić (pierwszy raz) dżem na zimno. Utarłam więc rumiane owoce z odrobiną cukru i włożyłam masę do wyparzonego słoiczka.

Z myślą o naleśnikach. W przeciwnym razie dżem trafiłby do zamrażarki w silikonowej foremce do lodu, bo w słoiczku jego żywot byłby, podejrzewam, ograniczony.

Dżem na zimno doskonale zachowuje poziomkowy aromat. Z naleśnikami jest po prostu… słów mi brak! Dekoracja mi nie wyszła. Miał być i kwiat, i rumiany owoc. Po powrocie do domu odpadły z łodyżki 😉

Resztą tych smakołyków ozdobiłam cytrynowe babeczki. Biała kołderka na nich to (znów!) serek philadelphia zmieszany z cukrem waniliowym i bitą śmietaną.

Liczę na większe zbiory. Oby dopisało mi szczęście!

Pozdrawiam/Lilit

 

Truskawkowo zamiast poziomkowo

Marzył mi się poziomkowy tort urodzinowy. Niestety, susza w Skanii sprawiła, że poziomki uschły na krzewinkach zanim udało im się nabrać rumieńców. Zastąpiły je więc truskawki. Ciasto do tortu planowałam upiec sama, ale upalna aura pozbawiła mnie sił i kupiłam gotowe. Wypełniłam je kremem zrobionym z roztopionej białej czekolady, którą połączyłam z serkiem philadelphia i bitą śmietaną, oraz dżemem truskawkowym.

Czy znasz prostszy przepis na smaczny tort? Ja nie! 🙂

Pozdrawiam/Lilit