Listopadowo, deszczowo, mgliście i… przyniosłam do domu liście

Taka to już uroda listopada, że często siąpi deszczem, straszy wichurą, wysysa barwy z przyrody, nie pozwala słońcu wychylać się na dłużej zza chmur i otula wszystko dookoła gęstą mgłą.

A ja mgłę bardzo lubię! Im gęstsza, tym lepsza. Jest w niej tyle tajemnic, tyle niedopowiedzień. Moja wybujała wyobraźnia pracuje w zamglonym otoczeniu na pełnych obrotach. Czego to ja w tej wilgotnej bieli nie dostrzegam! Gdy przestraszę samą siebie na tyle, że nie odważam się robić tego dłużej, wracam do domu i otrząsam się z wszystkich wrażeń popijając wolniutko gorącą herbatę albo czekoladę. Po bliskich kontaktach z milionem zimnych kropel, parujący napój jest koniecznością.

Taki to już z listopada oprawca, że brutalnie i bezlitośnie zdziera z drzew liście. Kilka z nich pozostawiło po sobie ślad na deskach rzadko używanych schodów w jednym z miejskich parków, zanim wiatr poniósł je w inne miejsce. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego, musiałam to więc uwiecznić. Te liście przyniosłam do domu w aparacie fotograficznym, inaczej się nie dało 😉

Ten zaś – w ręku. Dwa dni leżakowania między grubymi książkami pozbawiło go zmarszczek i wilgoci. Czyż nie jest cudowny?

Miesiąc numer 11 jest dla mnie odrobinę deprymujący, ale i jemu nie brak uroków.

Pozdrawiam/Lilit

 

Reklamy

Jeśli coś mi wpada w oko…

…i jeśli to coś pasowałoby w moim mieszkaniu, tworząc w jakimś jego kąciku przyjemniejszą atmosferę, i jeśli na to coś mnie stać, kupuję! Tak było z printem na fotce niżej. Zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia. Dojrzałam go w jednym z second handów, który dość często odwiedzam, więc jego zakup nie nadwerężył domowego budżetu 😉

Print nabyłam w złotej, zupełnie nie w moim stylu, ramce. Lepiej wygląda w ramce białej. I tak sobie myślę, że jeszcze bardziej do twarzy byłoby mu w czarnej. Od kilku dni po nocy, otwierając drzwi z sypialni do przedpokoju, staję oko w oko (dosłownie) z fantazyjnym, kosmicznym krajobrazem. Jest to miłym początkiem dnia!

Nie udało mi się, niestety, odszyfrować tożsamości autora/autorki motywu. Szkoda, bo chętnie zobaczyłabym więcej jego/jej prac.

Dobrego poniedziałku!/Lilit

 

Schronienie

Stresuje mnie szalone tempo współczesnej cywilizacji. Ciebie też? Moja fibro znacznie ten stres pogłębia. Dlatego często szukam schronienia przed nim. Na pół dnia, na kilka godzin, na chwilę. Takim schronieniem są dla mnie przede wszystkim moi bliscy, ale i las, odludna plaża czy łąki w oddali od miasta, gdzie wyciszam się i z łatwością przychodzi mi porządkowanie chaotycznie rozrzuconych w głowie myśli. W domu osiągam podobny efekt mikro pauzami. Na razie muszę się do nich zmuszać, nie są jeszcze we mnie zakodowane. Z czasem będą! Po pozbyciu się starych, złych nawyków i nauczeniu się na pamięć nowych, korzystnie wpływających na zdrowie fizyczne i psychiczne. Te mikro pauzy to np. parę minut stretchingu kilka razy dziennie, obserwowanie przez moment wiewiórki zręcznie poruszającej się po pniu drzewa za oknem czy rozhasanych po ulicach liści, kilka głębokich oddechów na balkonie… Zbliża się zima, czyli konieczność spędzania większości czasu w domu, przynajmniej w moim przypadku. Te króciutkie codzienne przerwy na pewno okażą się pomocne w zwalczaniu wewnętrznego napięcia. Czy i Ty ich potrzebujesz, aby w miarę normalnie funkcjonować? A może należysz do tych, którym cywilizacyjna karuzela nie przysparza najmniejszych problemów?

Do usłyszenia/Lilit

 

W trosce o zdrowie

Jak ja siebie tymi zupami ostatnio rozpieszczam! Dziś ugotowałam jarmużową. Jarmuż to ciągle niedoceniane a bardzo zdrowe warzywo. To skarbnica białka, błonnika, witamin, soli mineralnych i sulforafanu – silnego przeciwutleniacza. Nic tylko jeść litrami!

Jarmużowa urodą nie grzeszy, ale w końcu nie to jest najważniejsze! Wiele lat temu jadłam jej szwedzką wersję, co nie było przyjemnym doświadczeniem. Cieszę się, że wpadłam na przepis na tę zupę z ziemniakami, pietruszką, selerem korzennym i śmietaną. Na pewno będzie gościć u mnie częściej. Przede wszystkim z myślą o zdrowiu, chociaż smakowo nic jej nie brakuje, co jest oczywiście kwestią gustu.

Przyjemnego poniedziałkowego wieczoru!/Lilit

 

Jeszcze trochę jesieni, zanim przeminie z wiatrem

Pochodziłam sobie znów po tej jesieni, poobserwowałam roztańczone liście i chętnie potańczyłabym z nimi. Nie dziś. Innym razem! Wilgoć przylepiała mi się do twarzy a wiatr bawił się moimi włosami. Nie protestowałam. Oczu nasycić nie mogłam barwami trzeciej pory roku. I tymi spranymi, i przypalonymi, i jaskrawościami. Moją uwagę nieustannie przykuwały artystycznie powyginane gałązki drzew i krzewów, owoce, suche badyle różnych gatunków flory, których nasiona zdążyło rozwiać na cztery strony świata. Kusiło mnie, żeby zabrać to wszystko do domu. Opamiętałam się jednak i do domu przyniosłam tylko trochę. Czy ja potrafię wracać ze spacerów z pustą ręką? Nie potrafię!

W otoczeniu takich bukietów planowałam posłuchać L’autunno Vivaldiego. Zamiast tego uchyliłam balkonowe drzwi i wsłuchałam się w typowy dla jesieni odgłos przelatujących tu codziennie dzikich gęsi, I ten koncert był piękny!

Pozdrawiam/Lilit

 

Październikowa niedziela i chwila refleksji

Przywitał nas dziś rano śnieg i pomimo iż jeszcze się do niego wewnętrznie nie dostroiłam, miło było obserwować jego roztańczone białe płatki. To taki ładny widok! Podejrzewałam, że nie pobieli długo i będę mogła wybrać się na polowanie na jesienne bukiety. Jak długo przyroda ma mi coś do zaoferowania, wizyty w kwiaciarniach odpadają. Wróciłam do domu zziębnięta na amen, ale z płucami pełnymi świeżego powietrza oraz z naręczem gałązek krzewów pokrytych barwnymi liśćmi albo owocami.

Jakże przyjemnie obcować z jesienią także w mieszkaniu!

Gdy uporałam się z bukietami zaczęło się ściemniać. Coraz mniej dnia o tej porze roku, nie tęsknię jednak za światłem słońca do późnych wieczornych godzin. I wczesny zmierzch ma swój urok. Sprawia, że robi się w czterech kątach przytulniej. Uczucie to potęgują zapalone świeczki.

Jedzenie obiadu w takiej atmosferze jest doprawdy rozkoszą!

Po obiedzie zebrało mi się na refleksje. Jaka to ja jestem uprzywilejowana! Mam ciepłą rodzinę, dach nad głową i nigdy nie idę spać głodna. Jestem za to losowi ogromnie wdzięczna. Tak łatwo zaprzątać myśli tym, czego w naszym życiu brak. O wiele trudniej docenić to, co mamy.

Dobranoc/Lilit

 

Na buraczkowo

Kolejna prosta, smaczna i pożywna zupa na jesienne obiady. I smakuje lepiej niż barszcz z czerwonych buraczków, przynajmniej moim zdaniem.

Chrupkie paluszki dodają jej dodatkowo smaku a creme fraiche jest kropką nad i 🙂 Jak ja kocham zupy! Ty też? Zupę i serowe paluszki (a raczej paluchy, bo pocięłam je przed pieczeniem na zbyt szerokie paski) przygotowałam tak:

Hugs and kisses/Lilit

 

Domowe migawki – part I

Za oknem szaleje wichura a ja silnych wiatrów nie znoszę, bo przyprawiają mnie o panikę. Próbowałam skoncentrować się na przeglądaniu czasopism, ale nie szło mi z tym najlepiej.

Postanowiłam więc pobiegać z aparatem fotograficznym po mieszkaniu. Fotografowanie zawsze mnie wycisza. Masz ochotę mi potowarzyszyć? Zapraszam!

Jedną ze ścian przedpokoju zdobią od niedawna nowe obrazki.

Leo to mój Mąż, ja jestem Gemini. Te konstelacyjno-zodiakalne dekoracje bardzo przypadły mi do gustu. Uważam, że w przedpokoju pasują jak ulał. Witają przekraczających próg mieszkania maleńką prezentacją jego właścicieli.

W sypialni nie zmieniło się prawie nic od ostatniego wpisu o niej. Do wazonu trafiła gałązka z małymi jabłkami dodając pomieszczeniu jesiennego charakteru.

Łóżko zaś ozdobił wielki, przytulny szal, który podrzuciła mi Córka. Zamiast otulać nim szyję, przydzieliłam mu funkcję pledu.

A oto ciemna strefa mojego mieszkania, gdzie jest trochę nowego i sporo vintage. Jeszcze kilka lat temu marzyła mi się wymiana mebli na bardziej up to date, dziś cieszę się, że tego nie zrobiłam. Mąż ciągle o tym marzy 😉 Po wymianie szkła w witrynach oraz uchwytów przy szufladach meble zostały odrobinę zmodernizowane. I w nosie mam najnowsze trendy! Podoba mi się ich kolor, forma i rozmiar, oraz to, że są solidne. Pokój dzienny tonie latem w słońcu, ciemne drewno łagodzi jego intensywne światło. Zimą natomiast barwa drewna dodaje wnętrzu ciepła.

Za szkłem sporo szkła.

Na półkach bez przeładowania. Nie będę kłamać, że uwielbiam odkurzanie tysiąca ozdób.

Metalowy stolik z rośliną doniczkową na jego szklanym blacie stanowi miły, dekoracyjny akcent przy balkonowych drzwiach.

Czarna dama, lądująca zbyt często na podłodze podczas sprzątania, ciągle jest w jednej części. Muszę przytwierdzić ją do cięższej podstawy, aby w takim stanie pozostała…

Uratowane od zagłady torso, o czym pisałam tu wcześniej,  nie przestało mi się podobać. Często zawieszam na nim oko, i o to właśnie chyba chodzi podczas urządzania domu, o otaczanie się rzeczami, które lubimy.

Ptakom widać u nas dobrze, nie myślą o odlocie.

Ja mam takowy w planach na najbliższe pół godziny. Czuję się senna. Więcej domowych migawek wkrótce.

Cieplutko pozdrawiam/Lilit

 

O jesieniobraniu i słodkich krabbelurkach

Dzień dobry czwartkowo! Wypadałoby wrzucić tu coś o wnętrzach, o jakimś projekcie diy, ale niewiele się aktualnie na tym froncie dzieje. Brak mi weny twórczej 😦 Mam nadzieję, że nie potrwa to długo.

Zaczęłam się już wyciszać tej jesieni, wsuwać stopy w ciepłe skarpety, otulać się kocem i, z kubkiem gorącego kakao w ręku, wściubiać częściej nos w książki. I gdyby nie ta pogoda, która do października mi wcale nie pasuje, pewnie byłabym dziś uosobieniem spokoju. A tak znów mnie wiecznie gdzieś gna! Słońce i 20 stopni na plusie „zmuszają” mnie do pobytu poza domem i są to niezmiernie miłe chwile! Biorę z wdzięcznością to, co październik mi daje. Wypady w naturę rezultują masą świeżego, przepełnionego przyjemną wilgocią powietrza, jabłkami, gruszkami i naręczami polnych kwiatów do wazonów. Niektóre kwitną tu ponownie, np. łubin.

I czego mi więcej do szczęścia potrzeba?! Akurat dziś do pełni szczęścia potrzebne mi było coś słodkiego. Wypróbowałam więc kolejną słodycz z mojego zbioru przepisów.

No i? Krabbelurki (pocieszna nazwa; nie mam pojęcia co to oznacza, mój Mąż też nie, chociaż jest rodowitym Szwedem) są całkiem smaczne i szybkie do przyrządzenia. Robi je się tak: 1 jajko zmiksować z 1/4 szklanki cukru. Dodać pół szklanki mleka, 1 i 1/4 szklanki mąki pszennej, 1 łyżeczkę cukru waniliowego oraz 1 łyżeczkę proszku do pieczenia. Dokładnie wymieszać. Smażyć na maśle na średnim ogniu, około 2 minuty na każdej stronie. Ja podałam je z przecierem gruszkowym własnej produkcji. Jogurt grecki też byłby tu mile widziany. Nie miałam go jednak w domu, będzie następnym razem.

Wiem, że ta idylla wypadów w naturę i jesieniobrania nie potrwa zbyt długo. Wkrótce pogoda z pewnością skręci na inne tory…

Miłego popołudnia i wieczoru!/Lilit

 

Lunch na balkonie i wizyta w zamku Trolleholm

Po lunchu na balkonie (a tak, dzisiaj mieliśmy aż 22 stopnie ciepła!), na który usmażyłam smaczne placki z batatów (przepis na końcu wpisu)…

…wyruszyłam z Wikingiem na wycieczkę za miasto, gdzie często odwiedzamy miejsca, w których bywaliśmy kilkakrotnie wcześniej. Ja nie mam z tym najmniejszych problemów, mój Mąż niekiedy ma, dziś nie miał. Bez planowania celu podróży trafiliśmy do zamku Trolleholm, położonego w niezmiernie malowniczej okolicy około 30 km na północ od Landskrony (Skania). Zamek ten, od pierwszego z nim spotkania wiele lat temu, kojarzy mi się z Kopciuszkiem. Na próżno jednak tej panny wypatruję. Jak pewnie większość nowobogackich nie ma ochoty zadawać się z prostymi zjadaczami chleba 😉

Brama do posiadłości jest zawsze szeroko otwarta, ale przekraczać tę granicę mogą tylko wybrani. Trolleholm jest własnością prywatną i w przeciwieństwie do Trollenäs, gdzie zabrałam Cię z sobą wiosną tego roku, nawet po parku wałęsać się byle komu nie wolno! W części budynku organizowane są konferencje, ci zaś z grubaśkim portfelem marzący o weselu mogą wynająć tam kilka komnat i salę balową. Jeśli masz ochotę zobaczyć jak zamek wygląda wewnątrz, weź przykład ze mnie i poszperaj w sieci (w sieci znajdziesz także o niebo lepsze fotki całego kompleksu). Zamek w obecnej postaci został zbudowany około roku 1760, na miejscu innego, mniej okazałego, i szczyci się największą w północnej Europie prywatną biblioteką (45 000 książek). Jak w każdym innym tego typu miejscu i tu straszy. Biała Dama, alias Wiveka Trolle, dawna dziedziczka dóbr, przechadza się ponoć nocą po komnatach stukając w podłogę laską.

No dobrze, pomyślałam, nie chcą mnie wpuścić do środka…

…to pozwiedzam sobie znów okolicę, co z ogromną przyjemnością zrobiłam. A widoki okolic zamku zapierają dech w piersiach! Tymbardziej jesienią, gdy przyroda ubiera się w cudowne kolory a lekka mgła delikatnie  otula krajobraz.

Po dwugodzinnej bytności w tych czarujących stronach nadszedł czas na pożegnanie się z nimi do następnego razu. Bo co do tego, że Trolleholm odwiedzę ponownie nie mam najmniejszych wątpliwości!

(Obiecany przepis na placki z batatów: Batata o wadze mniej więcej 300g obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Podobnie zrobić z połową małej cebuli. Dodać 2 jajka i 3 łyżki stołowe mąki pszennej. Doprawić solą, pieprzem oraz solą czosnkową. Dokładnie wymieszać. Nakładać masę na patelnię po łyżce. Smażyć na obu strtonach na oleju lub maśle).

Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli/Lilit