Po przebudzeniu

Oj, jak mi się marzy, aby moje sny były słodkie, przyjemne! Może czułabym się wówczas bardziej żywa witając nowy dzień. Często mnie ktoś w nich goni, spycha w przepaść, wyrzuca z samolotu itp.  Po przebudzeniu, osnuta lepką pajęczyną traumatycznych przeżyć, chcę widzieć wokół siebie rzeczy ładne.

Rzeczy ładne, to pojęcie bardzo względne. Dla mnie są to np. ozdoba wazonu na stoliku nocnym (ostatnio minimalistyczna, w postaci liścia paproci z kawałkiem korzenia), ceramiczna ręka znaleziona w sh i przemalowana na czarno (przesłodzone malowidła na niej nie były w moim guście), bluszcz w wazonie na komodzie zapraszający swymi „ramiona” do tańca i…

… inne szczegóły.

Obrazki na fotce niżej (plus kilka innych) czekają na umieszczenie w ramkach. Pocałunek autorstwa Adama Martinakisa, jak i resztę jego dzieł, pokochałam kilka lat temu. Trudno przejść obok nich obojętnie.

Wszystko to sprawia, że nocne koszmary popadają dość szybko w niepamięć. Odczuwam z tego powodu ogromną ulgę.

Uściski/Lilit

 

Reklamy

Wytrawna strawa dla oczu

Cierpliwość nie jest, i nigdy nie była, moją mocną stroną. Niektórych rzeczy w życiu przyspieszyć się nie da. Czy tego chcę, czy nie, muszę na nie czekać. Gdy jednak wiosna wyściubia nos zza rogu i nabrzmiałymi pąkami obiecuje cuda, czuję ogromną potrzebę przyniesienia do domu gałązki jakiego krzewu lub drzewa i cieszyć się ich kwieciem już teraz.

W domowym cieple pąki magnolii przeistaczają się w wytrawną strawę dla oczu. „Zajadam się” nią od kilku dni.

Pozdrawiam/Lilit

 

Zastrzyk witamin i energii

Na pograniczu zimy i wiosny poziom energii w moim organizmie jest, delikatnie rzecz ujmując, niski. Odpornością na bakcyle o tej porze roku też nie grzeszę. Próbuję więc zaradzić jednemu i drugiemu spijając soki owocowe i warzywne. Między innymi taki:

Zdrowy, tani napój o pięknym kolorze i cudownym smaku. Polecam! 🙂

Do usłyszenia!/Lilit

 

Czas na detronizację zimy!

Ktoś zawiesił na płocie zimowe buty, jak gdyby chciał tym przywołać wiosnę. Ktoś ma dość zimy. Ja też mam jej dość. Jest nijaka. Szara. Bura. Skąpa.  Raz czy dwa rozwinęła co prawda biały, puszysty dywan i artystycznie zakuła w lód zeszłoroczne liście, ale dzień później przeobraziła te uroki w chlapiącą pod butami maź. Niech odchodzi. Nie zamierzam jej opłakiwać. Przebiśniegi, ranniki i krokusy zbierają się w potężną armię, planując pozbawienie Lady Winter władzy. Jestem po ich stronie.

Lilit

 

Niech będzie bez tytułu!

Poranek. Czas wstać. Jeszcze tylko chwilka i… wstanę. Jeszcze tylko dosłownie chwilka… Oszukiwanie samej siebie trwało przez godzinę. I pół.

Kawa. Z mlekiem. A raczej mleko z kawą. Nic dziwnego, że nie nie udało mi się po niej otrząsnąć z nocnego balowania. Przetańczyłam całą noc. We śnie. Mocniejszej kawy nie pijam. Nie mogę, bo moje wnętrze przypomina wówczas galaretę. Wiadomości w TV znów wpędziły mnie w nastrój przygnębienia. Po co je czytam? Mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia… itd.

Zmusiłam się do zjedzenia nudnej kanapki licząc powoli krople deszczu na szybie okna. Sto trzydzieści pięć. Sto trzydzieści sześć. Sto trzydzieści siedem… I przestałam je liczyć obawiając się, że zasnę.

Spojrzałam na wazon ozdobiony barwnościami. Wypadałoby zmienić w nim wodę. Co też zrobiłam. Przy okazji wylałam jej część na podłogę i o mało nie stłukłam wazonu. Dzięki jednemu i drugiemu wykonałam kilka ćwiczeń. Nie udało im się jednak rozruszać mojego sztywnego ciała. Później wcisnęłam aparat fotograficzny w rękę Męża z rozkazem: Fotografuj dopóki wazon jest w jednym kawałku !

Lunch… Przymulenia ciąg dalszy. Na dodatek burczało w brzuchu. Pora na coś pożywnego! Te trzy ostatnie buraczki zdążyły się trochę postarzeć od czasu, gdy spotkałam się z nimi ostatnim razem. Zupa krem? Czemu nie… (myśl pozbawiona entuzjazmu). Nóż dzielący warzywa na części żył własnym życiem. Kilka razy miał wielką ochotę trafić w moje palce. Na szczęście trafił tylko raz. W paznokieć. Kremowa buraczkowa, zjedzona z różową witaminą B12 i białą witaminą D, była dość smaczna. Przynajmniej COŚ pozytywnego!

Popołudnie… Kolejne mleko z kawą. Wydrukowany obrazek czeka niecierpliwie na oprawienie go w ramkę. Jego motyw zdaje się mówić: „No?! Jak długo jeszcze zamierzasz z tym zwlekać? Tracę cierpliwość!” JA TEŻ! Tracę dziś cierpliwość wobec samej siebie. Czy i Ty tak niekiedy masz?

Pozdrawiam/Lilit

 

Nad zimowym morzem

Nie ukrywam, że wolę bywać nad wiosennym, letnim czy jesiennym morzem, ale i zimowe jest piękne. Czasem srogie, wzburzone, nieprzystępne. Czasem wprowadzające swym spokojem w cudowny stan relaksu. Czasem odziane w fantazyjne lodowe formacje, o jakich tej zimy, podejrzewam, mogę sobie tylko pomarzyć. Niekiedy obserwuję wielką wodę w szybach domków letnich.

A gdy już zacznę zerkać w okna chatek, odkrywam i inne ciekawe widoki. Zimą mogę oddawać się tej przyjemności bez naruszania czyjejś prywatności. O tej porze roku chatki śpią głębokim snem. Śnią o gwarze, zapachu frykasów z rożna i toastach wznoszonych lampką dobrego wina o zachodzie słońca.

Łajby otulone poszarpanym wiatrem brezentem także dopraszają się uwiecznienia. Chętnie ich życzenia spełniam. Motyw niżej zamierzam wydrukować i oprawić w ramkę. Dość fajnie, uważam, wyglądałby w moim pokoju dziennym.

Pozdrawiam/Lilit

 

Coś słodkiego do niedzielnej kawy

Miałam w domu cytrynę, jeżyny i serek philadelphia. Razem z innymi składnikami, które w domu mam zawsze, powstało takie oto ciasto.

Można je oczywiście jeść bez polewy. Ja wolę je otulone kołderką. Do zrobienia jej użyłam około 200 g serka philadelphia, pół szklanki śmietany (ubić), dwóch płaskich łyżek stołowych cukru pudru i soku z garstki jeżyn. Wszystko dokładnie wymieszałam i ozdobiłam polewą ostudzone ciasto.

Jeżyny z własnoręcznych, ubiegłorocznych zbiorów znikają z mojej zamrażarki w zastraszającym tempie. Żałuję, że nie zamroziłam ich więcej. Przypominają mi o wędrówkach po lasach (niezmiernie miłe wspomnienie) i o pokaleczonych dłoniach (niezbyt miłe wspomnienie).

Cieplutko pozdrawiam/Lilit