Oby wkrótce udało się światłu rozproszyć mrok

Dziś jest w Szwecji święto światła- Lucia (czytaj: Lusija). I tych świateł w postaci płonących świec wszędzie tu każdego roku 13-go grudnia dużo. Blask świec kojarzę z nadzieją, chociaż nie zawsze tak było. A nadziei akurat teraz potrzeba mi mnóstwo…

Pozdrawiam/Lilit

Reklamy

Coś dla oczu i coś dla podniebienia

Lubisz amarylisy? Dla mnie te kwiaty są ucztą dla oczu! Szkoda, że nie znalazłam w kwiaciarni amarylisa w kolorze łososiowym albo bordowym, bo te są moim zdaniem najpiękniejsze. Chociaż… czerwonemu też nic nie brakuje. Poza tym trochę czerwieni wśród masy bieli, srebra i niebieskości dodaje moim wnętrzom ciepła.

A teraz coś dla podniebienia. Przejadły mi się chrupkie pierniki, przeistoczyłam więc ich resztę w inne słodycze.

Zmiksowałam 25 pierników z cynamonem i mielonym imbirem (po pół łyżeczki). Połączyłam je z mniej więcej 100 g serka śmietankowego (użyłam serka philadephia) do uzyskania gładkiej masy. Uformowałam kulki, obtoczylam je w rozpuszczonej wcześniej w kąpieli wodnej białej czekoladzie i wstawiłam do lodówki do zastygnięcia. Były dość smaczne 🙂

Słodkich snów życzę/Lilit

 

Las wzywał nas

…więc pojechaliśmy tam. Z resztą ciasta cynamonowego, mandarynkami i… bez czegoś ciepłego do picia. A przydałoby się! Wilgoć przenikała nasze ciała do szpiku kości. Brrr!  Słońcu udawało się przynajmniej od czasu do czasu wygrywać przepychanki z chmurami. Dziękowaliśmy mu za to kierując w górę twarze ozdobione szerokimi uśmiechami.

Przycupnęłam na brzegu ławki, gdzie znalazłam jedyny w miarę suchy jej kawałek. Resztę pokrywały mini kałuże, w których przeglądały się gałęzie pobliskich drzew.

Uwielbiam takie nadgryzione przez ząb czasu i napiętnowane żywiołami drewno. Skazy dodają mu uroku. Czy to samo można powiedzieć o nas, ludziach?

Próby wzniecenia ognia, aby ogrzać się odrobinę, zakończyły się fiaskiem. Zamiast roztańczonych, ciepłych płomieni powstała zaledwie ich obietnica.  Ale i dym miał w sobie coś szczególnego.

Do ponownego zobaczenia, lesie!

Pozdrawiam/Lilit

 

Christmas vibes

Adwentowe świece na stole,

kilka modrzewiowych szyszek tu i tam, para białych świerków w oknie, trochę innych dekoracji rymujących się z zimą, i mam już kawałek świątecznego nastroju w mieszkaniu.

Nie przesadzam z nadmiarem ozdób. Przytulność można osiągnąć na wiele sposobów. Rezygnuję w tym roku z typowych dla Bożego Narodzenia gwiazd betlejemskich i cyklamenów. I tak długo u mnie nie wytrzymują. Nie rozumiem dlaczego! Mam przecież zielone palce!

Nie opłakuję faktu, że mało dnia o tej porze roku. Tak przyjemnie wtulić się po zapadnięciu zmroku w kanapę z garstką pierników w ręku i gorącą herbatą, obejrzeć ciepły film, albo po prostu obserwować grę świateł za oknem. Dziś byłam nieco ambitniejsza, upiekłam ciasto cynamonowe z migdałami i białą czekoladą. Kolejny łatwy i smaczny wypiek.

Przepis: 2 jajka ubiłam do puszystości z 3/4 szklanki cukru. Dodałam trochę mniej niż szklankę mąki pszennej, odrobinę mniej niż łyżkę stołową cynamonu i odrobinę więcej niż 1 łyżeczkę proszku do pieczenia. Wymieszałam. Do powstałej masy trafiło 75 g masła i 4 łyżki stołowe wody (oba składniki zagotowane wcześniej). Całość przelałam do podłużnej foremki o pojemności około 1,5 litra i posypałam rozdrobnionymi migdałami. Piekłam 40 minut w niższej części piekarnika o temperaturze 175 stopni. Po wystudzeniu ciasto ozdobiłam skruszoną białą czekoladą.

Udanego weekendu!/Lilit

 

Czego Lilit nie ma a co ma?

Lilit nie ma ani instagrama, ani facebooka. Jej wpisy są jednak często instagramowe i facebookowe. Lilit nie ma też candy na blogu, bo nie lubi łapówkarstwa. Żyje sobie spokojnie na peryferiach blogosfery. Nie pożera jej ambicja stania się KIMŚ w wirtualnym świecie. Czy Lilit ma talent do blogowania? Ma-nie ma-ma-nie ma-ma-nie… Oj, zabrakło jej owoców na gałązce tarniny… 😉

L ma przynajmniej nadzieję, że od czasu do czasu kogoś czymś zaciekawia. Czyż nie jest to wystarczający powód do prowadzenia bloga?

 

Odwiedziłam dziś starych znajomych

Zamiast zająć się na poważnie świąteczną dekoracją mieszkania, którą planuję od kilku dni, odwiedziłam dziś starych znajomych. On ma na imię ON…

… a ona to po prostu ONA.

Spotkaliśmy się po raz pierwszy mnóstwo lat temu podczas spaceru. ON i ONA od razu przypadli mi do gustu! Czy i ja przypadłam im do gustu? Nie wiem. Nie istnieje między nami werbalna komunikacja, tzn. ja zawsze witam parę uprzejmym: „Dzień dobry”, które niezmiennie pozostaje bez odpowiedzi. Nie mam im tego za złe. Przysparzają mi tylu estetycznych wrażeń, że ich milczenie absolutnie mnie do nich nie zraża 😉

Te rzeźby z brązu zdobią jeden z parków w Landskronie (południowa Szwecja) i są autorstwa polskiego artysty Jana Janczaka. Być może dlatego darzę je szczególną sympatią.

Życzę przyjemnego wieczoru przy blasku świec/Lilit

 

Między jesienią a zimą…

… to taki okres, gdy równie mało jesieni jak i zimy. To okres, gdy oglądam się za siebie i tęsknię, a chwilę później patrzę przed siebie marząc o śniegu. O bieli. O lodzie.

Podziwiałam dziś podczas krótkiego spaceru przygasle barwy jesiennych liści i…

… liście prawie zupełnie pozbawione kolorów. Pierwszy przymrozek ubrał je w cudowną szronową szatę.

I to powietrze! Było chrupkie i smakowało korzennymi przyprawami 🙂

Pozdrawiam trochę jesiennie, trochę zimowo/Lilit

 

I znów trafiło do przedpokoju coś nowego

Nowego u mnie, bo tym czymś są kolejne znaleziska z sh. Ciekawy print szwedzkiego artysty Paula Riessera o tytule „Sliced” zdobi od wczoraj jedną z przedpokojowych ścian.

A na betonowej podstawce do pochodni (ani na balkonie, ani tymbardziej w mieszkaniu pochodniom płonąć nie przyzwalam) postawiłam betonową szyszkę, która tak wyesponowana prezentuje się okazalej.

Podstawka wymagała odświeżenia. Była biała, ale jej biel przypominała przybrudzony śnieg. Trochę farby i kilka pociągnięć pędzlem zrobiło swoje.

Przed świętami spocznie może na niej lampion. Innym razem posłuży mi za wazon. Już widzę, jak zdobi ją fikuśnie uformowana gałązka jakiegoś drzewa lub krzewu. Jedna rzecz a da się ją wykorzystać na wiele sposobów! Tak lubię!

Dobrego wieczoru!/Lilit

 

Happiness is a piece of cake

Znalazłam jeszcze trochę dzikich jabłek. Ostatnich w tym roku? Kto wie! Nieperfekcyjne są, jak ja sama. Wolę je od kupnych, z nieapetycznym makeupem.

Upiekłam z nich ciasto. Takie samo jakie piekę od wielu lat, bo smaczne jest.

I… pomyślałam, że szczęście jest tak łatwe do osiągnięcia! Czasem trwa chwilę. Czasem dwie. Czasem dzień. Całego życia wypełniać przecież nie może, bo nie wiedzielibyśmy, że jest szczęściem i z pewnością traktowalibyśmy je po macoszemu. Po mrocznych okresach rozprasza ciemności i daje w pełni poczuć swój słodki smak. Tak, happiness is a piece of cake! Dosłownie też, przynajmniej dla mnie 🙂

Przepisu na ciasto nie podaję, już to kiedyś tutaj zrobiłam. Jest tak proste, że prościej się nie da.

Przesyłam Ci kilka promieni listopadowego słońca/Lilit

 

Moja całkiem miła niedziela

Rano obudziło mnie słońce. A dokładniej rzecz ujmując, obudził mnie Mąż otwierając żaluzje w oknie, dzięki czemu słońce wlało się do sypialni.

A jeśli w aktualnym okresie roku budzi mnie słońce, dobry humor mam zazwyczaj gwarantowany. Dopisywał mi dziś pogodny klimat ducha, pomimo silnego….., dokuczliwego….., rwącego….. Te kropki są zamiast pewnego słowa, które wypowiedziane/napisane sprawia, że jeszcze bardziej….. Niech więc pozostanie ukryte.

Po lunchu miałam zamiar wziąć się wreszcie za świąteczne projekty diy, moje oczy biegały jednak nieustannie w kierunku okna. Doszłam więc do niezmiernie inteligentnego wniosku, że bez nich robienie jakichkolwiek ozdób możliwym nie będzie, zarzuciłam na siebie kurtkę i zaproponowałam mojemu prywatnemu szoferowi wycieczkę za miasto.

Długo nie protestował. Samochód poniósł nas ponownie na łono natury, gdzie popatrzyłam sobie m.in. na czerwone rajskie jabłuszka (jak widać, nawet te rajskie beztroskiego życia nie mają, i je nadgryzają robale),

na skulpturalną resztkę drzewa,

na miodowe liście dębu i…

… zahipnotyzowała mnie na kilka minut gra światła wśród paproci w leśnym poszyciu.

Po otrząśnięciu się z hipnozy poczułam silną potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego. Na pomysł powrotu do domu, do temperatury sporo wyższej od chłodnych 5 stopni i do ciastek mój prywatny szofer przystał natychmiast.

Ciacha były smaczne! Fiskgratäng (czyli gratin ziemniaczano-rybny, który przygotowałam na obiad) też.

Oto przepis na to danie: Filety dorsza (użyłam dwóch pokrojonych na mniejsze kawałki) ułożyłam w wysmarowanej masłem foremce, posoliłam, przykryłam folią aluminiową i włożyłam do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 15 minut. Wyjęłam foremkę z piekarnika, otoczyłam rybę „murem” z wcześniej przygotowanego pure ziemniaczanego. Powstałe zagłębienie wypełniłam po brzegi sosem z masła, mąki, posiekanego koperku, śmietany, bulionu rybnego i żółtka jajka (rozbełtane żółtko dodałam dopiero po zdjęciu rondelka z sosem z ognia). Foremka trafiła znów do piekarnika, tym razem o temperaturze 225 stopni, na 20 minut. Podawać np. z zieloną sałatą, ogórkiem i pomidorem.

Podsumowanie: Miałam całkiem miłą niedzielę. Ty też?

Dobrego początku tygodnia!/Lilit