Wytrawna strawa dla oczu

Cierpliwość nie jest, i nigdy nie była, moją mocną stroną. Niektórych rzeczy w życiu przyspieszyć się nie da. Czy tego chcę, czy nie, muszę na nie czekać. Gdy jednak wiosna wyściubia nos zza rogu i nabrzmiałymi pąkami obiecuje cuda, czuję ogromną potrzebę przyniesienia do domu gałązki jakiego krzewu lub drzewa i cieszyć się ich kwieciem już teraz.

W domowym cieple pąki magnolii przeistaczają się w wytrawną strawę dla oczu. „Zajadam się” nią od kilku dni.

Pozdrawiam/Lilit

 

Reklamy

Czas na detronizację zimy!

Ktoś zawiesił na płocie zimowe buty, jak gdyby chciał tym przywołać wiosnę. Ktoś ma dość zimy. Ja też mam jej dość. Jest nijaka. Szara. Bura. Skąpa.  Raz czy dwa rozwinęła co prawda biały, puszysty dywan i artystycznie zakuła w lód zeszłoroczne liście, ale dzień później przeobraziła te uroki w chlapiącą pod butami maź. Niech odchodzi. Nie zamierzam jej opłakiwać. Przebiśniegi, ranniki i krokusy zbierają się w potężną armię, planując pozbawienie Lady Winter władzy. Jestem po ich stronie.

Lilit

 

Nad zimowym morzem

Nie ukrywam, że wolę bywać nad wiosennym, letnim czy jesiennym morzem, ale i zimowe jest piękne. Czasem srogie, wzburzone, nieprzystępne. Czasem wprowadzające swym spokojem w cudowny stan relaksu. Czasem odziane w fantazyjne lodowe formacje, o jakich tej zimy, podejrzewam, mogę sobie tylko pomarzyć. Niekiedy obserwuję wielką wodę w szybach domków letnich.

A gdy już zacznę zerkać w okna chatek, odkrywam i inne ciekawe widoki. Zimą mogę oddawać się tej przyjemności bez naruszania czyjejś prywatności. O tej porze roku chatki śpią głębokim snem. Śnią o gwarze, zapachu frykasów z rożna i toastach wznoszonych lampką dobrego wina o zachodzie słońca.

Łajby otulone poszarpanym wiatrem brezentem także dopraszają się uwiecznienia. Chętnie ich życzenia spełniam. Motyw niżej zamierzam wydrukować i oprawić w ramkę. Dość fajnie, uważam, wyglądałby w moim pokoju dziennym.

Pozdrawiam/Lilit

 

Las wzywał nas

…więc pojechaliśmy tam. Z resztą ciasta cynamonowego, mandarynkami i… bez czegoś ciepłego do picia. A przydałoby się! Wilgoć przenikała nasze ciała do szpiku kości. Brrr!  Słońcu udawało się przynajmniej od czasu do czasu wygrywać przepychanki z chmurami. Dziękowaliśmy mu za to kierując w górę twarze ozdobione szerokimi uśmiechami.

Przycupnęłam na brzegu ławki, gdzie znalazłam jedyny w miarę suchy jej kawałek. Resztę pokrywały mini kałuże, w których przeglądały się gałęzie pobliskich drzew.

Uwielbiam takie nadgryzione przez ząb czasu i napiętnowane żywiołami drewno. Skazy dodają mu uroku. Czy to samo można powiedzieć o nas, ludziach?

Próby wzniecenia ognia, aby ogrzać się odrobinę, zakończyły się fiaskiem. Zamiast roztańczonych, ciepłych płomieni powstała zaledwie ich obietnica.  Ale i dym miał w sobie coś szczególnego.

Do ponownego zobaczenia, lesie!

Pozdrawiam/Lilit

 

Odwiedziłam dziś starych znajomych

Zamiast zająć się na poważnie świąteczną dekoracją mieszkania, którą planuję od kilku dni, odwiedziłam dziś starych znajomych. On ma na imię ON…

… a ona to po prostu ONA.

Spotkaliśmy się po raz pierwszy mnóstwo lat temu podczas spaceru. ON i ONA od razu przypadli mi do gustu! Czy i ja przypadłam im do gustu? Nie wiem. Nie istnieje między nami werbalna komunikacja, tzn. ja zawsze witam parę uprzejmym: „Dzień dobry”, które niezmiennie pozostaje bez odpowiedzi. Nie mam im tego za złe. Przysparzają mi tylu estetycznych wrażeń, że ich milczenie absolutnie mnie do nich nie zraża 😉

Te rzeźby z brązu zdobią jeden z parków w Landskronie (południowa Szwecja) i są autorstwa polskiego artysty Jana Janczaka. Być może dlatego darzę je szczególną sympatią.

Życzę przyjemnego wieczoru przy blasku świec/Lilit

 

Między jesienią a zimą…

… to taki okres, gdy równie mało jesieni jak i zimy. To okres, gdy oglądam się za siebie i tęsknię, a chwilę później patrzę przed siebie marząc o śniegu. O bieli. O lodzie.

Podziwiałam dziś podczas krótkiego spaceru przygasle barwy jesiennych liści i…

… liście prawie zupełnie pozbawione kolorów. Pierwszy przymrozek ubrał je w cudowną szronową szatę.

I to powietrze! Było chrupkie i smakowało korzennymi przyprawami 🙂

Pozdrawiam trochę jesiennie, trochę zimowo/Lilit

 

Moja całkiem miła niedziela

Rano obudziło mnie słońce. A dokładniej rzecz ujmując, obudził mnie Mąż otwierając żaluzje w oknie, dzięki czemu słońce wlało się do sypialni.

A jeśli w aktualnym okresie roku budzi mnie słońce, dobry humor mam zazwyczaj gwarantowany. Dopisywał mi dziś pogodny klimat ducha, pomimo silnego….., dokuczliwego….., rwącego….. Te kropki są zamiast pewnego słowa, które wypowiedziane/napisane sprawia, że jeszcze bardziej….. Niech więc pozostanie ukryte.

Po lunchu miałam zamiar wziąć się wreszcie za świąteczne projekty diy, moje oczy biegały jednak nieustannie w kierunku okna. Doszłam więc do niezmiernie inteligentnego wniosku, że bez nich robienie jakichkolwiek ozdób możliwym nie będzie, zarzuciłam na siebie kurtkę i zaproponowałam mojemu prywatnemu szoferowi wycieczkę za miasto.

Długo nie protestował. Samochód poniósł nas ponownie na łono natury, gdzie popatrzyłam sobie m.in. na czerwone rajskie jabłuszka (jak widać, nawet te rajskie beztroskiego życia nie mają, i je nadgryzają robale),

na skulpturalną resztkę drzewa,

na miodowe liście dębu i…

… zahipnotyzowała mnie na kilka minut gra światła wśród paproci w leśnym poszyciu.

Po otrząśnięciu się z hipnozy poczułam silną potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego. Na pomysł powrotu do domu, do temperatury sporo wyższej od chłodnych 5 stopni i do ciastek mój prywatny szofer przystał natychmiast.

Ciacha były smaczne! Fiskgratäng (czyli gratin ziemniaczano-rybny, który przygotowałam na obiad) też.

Oto przepis na to danie: Filety dorsza (użyłam dwóch pokrojonych na mniejsze kawałki) ułożyłam w wysmarowanej masłem foremce, posoliłam, przykryłam folią aluminiową i włożyłam do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 15 minut. Wyjęłam foremkę z piekarnika, otoczyłam rybę „murem” z wcześniej przygotowanego pure ziemniaczanego. Powstałe zagłębienie wypełniłam po brzegi sosem z masła, mąki, posiekanego koperku, śmietany, bulionu rybnego i żółtka jajka (rozbełtane żółtko dodałam dopiero po zdjęciu rondelka z sosem z ognia). Foremka trafiła znów do piekarnika, tym razem o temperaturze 225 stopni, na 20 minut. Podawać np. z zieloną sałatą, ogórkiem i pomidorem.

Podsumowanie: Miałam całkiem miłą niedzielę. Ty też?

Dobrego początku tygodnia!/Lilit

 

Po prostu być

Czy tak się da? Da się! Trzeba tego tylko bardzo chcieć. Chcę. Bardzo! Trzeba nad tym popracować. Pracuję. A najlepiej wyjść z domu i głęboko oddychać. Wychodzę. Oddycham pełną piersią. Dziś też to zrobiłam, pomimo bólu gardła i kapiącego nosa, bo słonecznie było. Przez godzinę wsłuchiwałam się w opowieści przyrody.

Trzciny, często przyginane wiatrem, szeptały: „Niech wieje! Taka to już jego natura! Skłon w prawo, skłon w lewo. Trochę gimnastyki nam nie zaszkodzi!”.

Grzyby rosnące na zmurszałym pniu powalonego drzewa w lesie zapewniały mnie, że dopasowanie się do nowego środowiska wcale nie jest czymś niemożliwym. Nie musiały mi o tym mówić, wiem to z własnego doświadczenia.

Brzozowa para przypomniała mi o tym, że razem raźniej. Wsunęłam moją zziębniętą dłoń w ciepłą dłoń mojego partnera.

Podczas tego po prostu bycia dojrzałam kwitnącą gałązkę wiciokrzewu. Niezwykły to widok w połowie listopada! Zaprosiłam ją do domu, do ciepła, aby tradycji stało się zadość 😉

Słonecznego weekendu!/Lilit

Listopadowo, deszczowo, mgliście i… przyniosłam do domu liście

Taka to już uroda listopada, że często siąpi deszczem, straszy wichurą, wysysa barwy z przyrody, nie pozwala słońcu wychylać się na dłużej zza chmur i otula wszystko dookoła gęstą mgłą.

A ja mgłę bardzo lubię! Im gęstsza, tym lepsza. Jest w niej tyle tajemnic, tyle niedopowiedzień. Moja wybujała wyobraźnia pracuje w zamglonym otoczeniu na pełnych obrotach. Czego to ja w tej wilgotnej bieli nie dostrzegam! Gdy przestraszę samą siebie na tyle, że nie odważam się robić tego dłużej, wracam do domu i otrząsam się z wszystkich wrażeń popijając wolniutko gorącą herbatę albo czekoladę. Po bliskich kontaktach z milionem zimnych kropel, parujący napój jest koniecznością.

Taki to już z listopada oprawca, że brutalnie i bezlitośnie zdziera z drzew liście. Kilka z nich pozostawiło po sobie ślad na deskach rzadko używanych schodów w jednym z miejskich parków, zanim wiatr poniósł je w inne miejsce. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego, musiałam to więc uwiecznić. Te liście przyniosłam do domu w aparacie fotograficznym, inaczej się nie dało 😉

Ten zaś – w ręku. Dwa dni leżakowania między grubymi książkami pozbawiło go zmarszczek i wilgoci. Czyż nie jest cudowny?

Miesiąc numer 11 jest dla mnie odrobinę deprymujący, ale i jemu nie brak uroków.

Pozdrawiam/Lilit

 

Lunch na balkonie i wizyta w zamku Trolleholm

Po lunchu na balkonie (a tak, dzisiaj mieliśmy aż 22 stopnie ciepła!), na który usmażyłam smaczne placki z batatów (przepis na końcu wpisu)…

…wyruszyłam z Wikingiem na wycieczkę za miasto, gdzie często odwiedzamy miejsca, w których bywaliśmy kilkakrotnie wcześniej. Ja nie mam z tym najmniejszych problemów, mój Mąż niekiedy ma, dziś nie miał. Bez planowania celu podróży trafiliśmy do zamku Trolleholm, położonego w niezmiernie malowniczej okolicy około 30 km na północ od Landskrony (Skania). Zamek ten, od pierwszego z nim spotkania wiele lat temu, kojarzy mi się z Kopciuszkiem. Na próżno jednak tej panny wypatruję. Jak pewnie większość nowobogackich nie ma ochoty zadawać się z prostymi zjadaczami chleba 😉

Brama do posiadłości jest zawsze szeroko otwarta, ale przekraczać tę granicę mogą tylko wybrani. Trolleholm jest własnością prywatną i w przeciwieństwie do Trollenäs, gdzie zabrałam Cię z sobą wiosną tego roku, nawet po parku wałęsać się byle komu nie wolno! W części budynku organizowane są konferencje, ci zaś z grubaśkim portfelem marzący o weselu mogą wynająć tam kilka komnat i salę balową. Jeśli masz ochotę zobaczyć jak zamek wygląda wewnątrz, weź przykład ze mnie i poszperaj w sieci (w sieci znajdziesz także o niebo lepsze fotki całego kompleksu). Zamek w obecnej postaci został zbudowany około roku 1760, na miejscu innego, mniej okazałego, i szczyci się największą w północnej Europie prywatną biblioteką (45 000 książek). Jak w każdym innym tego typu miejscu i tu straszy. Biała Dama, alias Wiveka Trolle, dawna dziedziczka dóbr, przechadza się ponoć nocą po komnatach stukając w podłogę laską.

No dobrze, pomyślałam, nie chcą mnie wpuścić do środka…

…to pozwiedzam sobie znów okolicę, co z ogromną przyjemnością zrobiłam. A widoki okolic zamku zapierają dech w piersiach! Tymbardziej jesienią, gdy przyroda ubiera się w cudowne kolory a lekka mgła delikatnie  otula krajobraz.

Po dwugodzinnej bytności w tych czarujących stronach nadszedł czas na pożegnanie się z nimi do następnego razu. Bo co do tego, że Trolleholm odwiedzę ponownie nie mam najmniejszych wątpliwości!

(Obiecany przepis na placki z batatów: Batata o wadze mniej więcej 300g obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Podobnie zrobić z połową małej cebuli. Dodać 2 jajka i 3 łyżki stołowe mąki pszennej. Doprawić solą, pieprzem oraz solą czosnkową. Dokładnie wymieszać. Nakładać masę na patelnię po łyżce. Smażyć na obu strtonach na oleju lub maśle).

Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli/Lilit