Zastrzyk witamin i energii

Na pograniczu zimy i wiosny poziom energii w moim organizmie jest, delikatnie rzecz ujmując, niski. Odpornością na bakcyle o tej porze roku też nie grzeszę. Próbuję więc zaradzić jednemu i drugiemu spijając soki owocowe i warzywne. Między innymi taki:

Zdrowy, tani napój o pięknym kolorze i cudownym smaku. Polecam! 🙂

Do usłyszenia!/Lilit

 

Reklamy

Coś słodkiego do niedzielnej kawy

Miałam w domu cytrynę, jeżyny i serek philadelphia. Razem z innymi składnikami, które w domu mam zawsze, powstało takie oto ciasto.

Można je oczywiście jeść bez polewy. Ja wolę je otulone kołderką. Do zrobienia jej użyłam około 200 g serka philadelphia, pół szklanki śmietany (ubić), dwóch płaskich łyżek stołowych cukru pudru i soku z garstki jeżyn. Wszystko dokładnie wymieszałam i ozdobiłam polewą ostudzone ciasto.

Jeżyny z własnoręcznych, ubiegłorocznych zbiorów znikają z mojej zamrażarki w zastraszającym tempie. Żałuję, że nie zamroziłam ich więcej. Przypominają mi o wędrówkach po lasach (niezmiernie miłe wspomnienie) i o pokaleczonych dłoniach (niezbyt miłe wspomnienie).

Cieplutko pozdrawiam/Lilit

 

Terapia kolorami

Stałam dziś przed południem przy oknie obserwując krople deszczu bijące o szyby, kałuże na chodnikach przeistaczające się z godziny na godzinę w mniejsze jeziora, samochody bezczelnie opryskujące przechodniów wtulonych w kopuły parasolek. Zerkałam na niebo przypominające ołowianą tarczę, uniemożliwiającą słońcu przesłanie ludziom choćby jednego wesołego promyka. Moje samopoczucie jest bardzo zależne od pogody. Przy obecnej aurze najchętniej przesypiałabym cały dzień. Brak mi energii na cokolwiek. Wiem jednak, że im dłużej pozwalam sobie na nicnierobienie, tym boleśniejszym będzie angażowanie mięśni do pracy. Potańczyłam więc po mieszkaniu z odkurzaczem, popucowałam, co pucowania wymagało, nie okazałam ani odrobiny litości kurzowi na powierzchniach powyżej podłogi, które przyciągają go nieustannie jak magnes. Zaliczyłam też dwa second handy. Wróciłam z nich do domu z pustą ręką (od kilku miesięcy jestem strasznie selektywna bywając w Grotach Alladyna), ale za to z fryzurą afro (z winy 200 % wilgotności powietrza) i… postanowiłam dać zapłakanemu krajobrazowi za oknem prztyczka w nos kolorowym daniem obiadowym.

Do dorsza z marchewką i szczypiorkiem dodałam trochę śmietany i sporo creme fraiche. Ten ostatni sprawia, że potrawy są lżejsze, a i smakowo bardziej mi odpowiadają. Po nasyceniu oczu barwami a żołądka pożywnym posiłkiem, zyskałam lepszy humor. Czy i z Ciebie szarości, burości, wilgoć tudzież nieobecność słońca wysysają soki? Jak sobie z tym radzisz? A może doświadczasz luksusu spacerowania po białym dywanie śniegu i flirtowania z Heliosem? Jeśli tak, nie masz pojęcia jak Ci tego zazdroszczę!

Oj jutra zamierzam bawić się dalej kolorami. Bawić się nimi i zyskiwać więcej energii. Mąż sprawił mi wczoraj niespodziankę książką o zdrowych, owocowo-warzywnych koktajlach. Muszę je koniecznie wypróbować.

Pozdrawiam/Lilit

 

I po świętach!

Błogi powrót do codzienności. Chociaż wewnętrzny stres mnie nie opuszcza. Może za kilka dni da mi od siebie odpocząć. Oby!

I w tym roku planowałam zrobić małe piernikowe domki. Nie wyszło. Przed wigilią posypało tu jednak trochę śniegiem i prawdziwy dom widoczny z mojego balkonu, otulony białym puchem jak lukrem, musiał mi wystarczyć.

Udało mi się natomiast upiec ciasto orzechowe świetnie komponujące się z zimą. Orzechów kupować nie musiałam. Minionej jesieni konkurowałam z wiewiórkami zbierając je za miastem.

Oto przepis na ten soczysty, aromatyczny wypiek.

Nie wiem czy wrzucę tu jeszcze coś przed AD 2019, życzę Ci więc już teraz SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! Jak najmniej trosk, jak najwięcej radości.

Pozdrawiam/Lilit

 

Coś dla oczu i coś dla podniebienia

Lubisz amarylisy? Dla mnie te kwiaty są ucztą dla oczu! Szkoda, że nie znalazłam w kwiaciarni amarylisa w kolorze łososiowym albo bordowym, bo te są moim zdaniem najpiękniejsze. Chociaż… czerwonemu też nic nie brakuje. Poza tym trochę czerwieni wśród masy bieli, srebra i niebieskości dodaje moim wnętrzom ciepła.

A teraz coś dla podniebienia. Przejadły mi się chrupkie pierniki, przeistoczyłam więc ich resztę w inne słodycze.

Zmiksowałam 25 pierników z cynamonem i mielonym imbirem (po pół łyżeczki). Połączyłam je z mniej więcej 100 g serka śmietankowego (użyłam serka philadephia) do uzyskania gładkiej masy. Uformowałam kulki, obtoczylam je w rozpuszczonej wcześniej w kąpieli wodnej białej czekoladzie i wstawiłam do lodówki do zastygnięcia. Były dość smaczne 🙂

Słodkich snów życzę/Lilit

 

Christmas vibes

Adwentowe świece na stole,

kilka modrzewiowych szyszek tu i tam, para białych świerków w oknie, trochę innych dekoracji rymujących się z zimą, i mam już kawałek świątecznego nastroju w mieszkaniu.

Nie przesadzam z nadmiarem ozdób. Przytulność można osiągnąć na wiele sposobów. Rezygnuję w tym roku z typowych dla Bożego Narodzenia gwiazd betlejemskich i cyklamenów. I tak długo u mnie nie wytrzymują. Nie rozumiem dlaczego! Mam przecież zielone palce!

Nie opłakuję faktu, że mało dnia o tej porze roku. Tak przyjemnie wtulić się po zapadnięciu zmroku w kanapę z garstką pierników w ręku i gorącą herbatą, obejrzeć ciepły film, albo po prostu obserwować grę świateł za oknem. Dziś byłam nieco ambitniejsza, upiekłam ciasto cynamonowe z migdałami i białą czekoladą. Kolejny łatwy i smaczny wypiek.

Przepis: 2 jajka ubiłam do puszystości z 3/4 szklanki cukru. Dodałam trochę mniej niż szklankę mąki pszennej, odrobinę mniej niż łyżkę stołową cynamonu i odrobinę więcej niż 1 łyżeczkę proszku do pieczenia. Wymieszałam. Do powstałej masy trafiło 75 g masła i 4 łyżki stołowe wody (oba składniki zagotowane wcześniej). Całość przelałam do podłużnej foremki o pojemności około 1,5 litra i posypałam rozdrobnionymi migdałami. Piekłam 40 minut w niższej części piekarnika o temperaturze 175 stopni. Po wystudzeniu ciasto ozdobiłam skruszoną białą czekoladą.

Udanego weekendu!/Lilit

 

Happiness is a piece of cake

Znalazłam jeszcze trochę dzikich jabłek. Ostatnich w tym roku? Kto wie! Nieperfekcyjne są, jak ja sama. Wolę je od kupnych, z nieapetycznym makeupem.

Upiekłam z nich ciasto. Takie samo jakie piekę od wielu lat, bo smaczne jest.

I… pomyślałam, że szczęście jest tak łatwe do osiągnięcia! Czasem trwa chwilę. Czasem dwie. Czasem dzień. Całego życia wypełniać przecież nie może, bo nie wiedzielibyśmy, że jest szczęściem i z pewnością traktowalibyśmy je po macoszemu. Po mrocznych okresach rozprasza ciemności i daje w pełni poczuć swój słodki smak. Tak, happiness is a piece of cake! Dosłownie też, przynajmniej dla mnie 🙂

Przepisu na ciasto nie podaję, już to kiedyś tutaj zrobiłam. Jest tak proste, że prościej się nie da.

Przesyłam Ci kilka promieni listopadowego słońca/Lilit

 

Moja całkiem miła niedziela

Rano obudziło mnie słońce. A dokładniej rzecz ujmując, obudził mnie Mąż otwierając żaluzje w oknie, dzięki czemu słońce wlało się do sypialni.

A jeśli w aktualnym okresie roku budzi mnie słońce, dobry humor mam zazwyczaj gwarantowany. Dopisywał mi dziś pogodny klimat ducha, pomimo silnego….., dokuczliwego….., rwącego….. Te kropki są zamiast pewnego słowa, które wypowiedziane/napisane sprawia, że jeszcze bardziej….. Niech więc pozostanie ukryte.

Po lunchu miałam zamiar wziąć się wreszcie za świąteczne projekty diy, moje oczy biegały jednak nieustannie w kierunku okna. Doszłam więc do niezmiernie inteligentnego wniosku, że bez nich robienie jakichkolwiek ozdób możliwym nie będzie, zarzuciłam na siebie kurtkę i zaproponowałam mojemu prywatnemu szoferowi wycieczkę za miasto.

Długo nie protestował. Samochód poniósł nas ponownie na łono natury, gdzie popatrzyłam sobie m.in. na czerwone rajskie jabłuszka (jak widać, nawet te rajskie beztroskiego życia nie mają, i je nadgryzają robale),

na skulpturalną resztkę drzewa,

na miodowe liście dębu i…

… zahipnotyzowała mnie na kilka minut gra światła wśród paproci w leśnym poszyciu.

Po otrząśnięciu się z hipnozy poczułam silną potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego. Na pomysł powrotu do domu, do temperatury sporo wyższej od chłodnych 5 stopni i do ciastek mój prywatny szofer przystał natychmiast.

Ciacha były smaczne! Fiskgratäng (czyli gratin ziemniaczano-rybny, który przygotowałam na obiad) też.

Oto przepis na to danie: Filety dorsza (użyłam dwóch pokrojonych na mniejsze kawałki) ułożyłam w wysmarowanej masłem foremce, posoliłam, przykryłam folią aluminiową i włożyłam do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 15 minut. Wyjęłam foremkę z piekarnika, otoczyłam rybę „murem” z wcześniej przygotowanego pure ziemniaczanego. Powstałe zagłębienie wypełniłam po brzegi sosem z masła, mąki, posiekanego koperku, śmietany, bulionu rybnego i żółtka jajka (rozbełtane żółtko dodałam dopiero po zdjęciu rondelka z sosem z ognia). Foremka trafiła znów do piekarnika, tym razem o temperaturze 225 stopni, na 20 minut. Podawać np. z zieloną sałatą, ogórkiem i pomidorem.

Podsumowanie: Miałam całkiem miłą niedzielę. Ty też?

Dobrego początku tygodnia!/Lilit

 

Eat me!

Cytrusy kuszą zapachem, smakiem, kolorem i solidną dawkę witamin. I jak tu im się oprzeć?! Najlepiej smakują mi naturelle, ale lubię je też w przetworach. A ponieważ w lodówce zostało mi trochę dyni, pomyślałam, że warto połączyć ją z mandarynkami. No i mam pyszny dżem!

Dobrego wieczoru!/Lilit

 

W trosce o zdrowie

Jak ja siebie tymi zupami ostatnio rozpieszczam! Dziś ugotowałam jarmużową. Jarmuż to ciągle niedoceniane a bardzo zdrowe warzywo. To skarbnica białka, błonnika, witamin, soli mineralnych i sulforafanu – silnego przeciwutleniacza. Nic tylko jeść litrami!

Jarmużowa urodą nie grzeszy, ale w końcu nie to jest najważniejsze! Wiele lat temu jadłam jej szwedzką wersję, co nie było przyjemnym doświadczeniem. Cieszę się, że wpadłam na przepis na tę zupę z ziemniakami, pietruszką, selerem korzennym i śmietaną. Na pewno będzie gościć u mnie częściej. Przede wszystkim z myślą o zdrowiu, chociaż smakowo nic jej nie brakuje, co jest oczywiście kwestią gustu.

Przyjemnego poniedziałkowego wieczoru!/Lilit