Walentynkowo z jednodniowym poślizgiem

Bukiet tulipanów, pyszne ciastko i mnóstwo pozytywnych wibracji.

Pozdrawiam/Lilit

 

Reklamy

Niech będzie bez tytułu!

Poranek. Czas wstać. Jeszcze tylko chwilka i… wstanę. Jeszcze tylko dosłownie chwilka… Oszukiwanie samej siebie trwało przez godzinę. I pół.

Kawa. Z mlekiem. A raczej mleko z kawą. Nic dziwnego, że nie nie udało mi się po niej otrząsnąć z nocnego balowania. Przetańczyłam całą noc. We śnie. Mocniejszej kawy nie pijam. Nie mogę, bo moje wnętrze przypomina wówczas galaretę. Wiadomości w TV znów wpędziły mnie w nastrój przygnębienia. Po co je czytam? Mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia… itd.

Zmusiłam się do zjedzenia nudnej kanapki licząc powoli krople deszczu na szybie okna. Sto trzydzieści pięć. Sto trzydzieści sześć. Sto trzydzieści siedem… I przestałam je liczyć obawiając się, że zasnę.

Spojrzałam na wazon ozdobiony barwnościami. Wypadałoby zmienić w nim wodę. Co też zrobiłam. Przy okazji wylałam jej część na podłogę i o mało nie stłukłam wazonu. Dzięki jednemu i drugiemu wykonałam kilka ćwiczeń. Nie udało im się jednak rozruszać mojego sztywnego ciała. Później wcisnęłam aparat fotograficzny w rękę Męża z rozkazem: Fotografuj dopóki wazon jest w jednym kawałku !

Lunch… Przymulenia ciąg dalszy. Na dodatek burczało w brzuchu. Pora na coś pożywnego! Te trzy ostatnie buraczki zdążyły się trochę postarzeć od czasu, gdy spotkałam się z nimi ostatnim razem. Zupa krem? Czemu nie… (myśl pozbawiona entuzjazmu). Nóż dzielący warzywa na części żył własnym życiem. Kilka razy miał wielką ochotę trafić w moje palce. Na szczęście trafił tylko raz. W paznokieć. Kremowa buraczkowa, zjedzona z różową witaminą B12 i białą witaminą D, była dość smaczna. Przynajmniej COŚ pozytywnego!

Popołudnie… Kolejne mleko z kawą. Wydrukowany obrazek czeka niecierpliwie na oprawienie go w ramkę. Jego motyw zdaje się mówić: „No?! Jak długo jeszcze zamierzasz z tym zwlekać? Tracę cierpliwość!” JA TEŻ! Tracę dziś cierpliwość wobec samej siebie. Czy i Ty tak niekiedy masz?

Pozdrawiam/Lilit

 

Ptaki w locie

Czasami najprostszy motyw obrazu czy zdjęcia przyprawia mnie o przyjemny dreszcz ekscytacji. Tak było w przypadku posteru z ptakami w locie.

Jest cudowny w całej swojej prostocie! Przyciąga wzrok dziesiątkiem ptasich siluetów. Ptaki, po dłuższym wpatrywaniu się w nie, ożywają. Zdają się lecieć do im tylko znanego miejsca. Tańczą taniec wolności. Skusiło mnie na kolejne małe zmiany w sypialni, gdzie poster będzie dodawał mi skrzydeł każdego ranka. Mam przynajmniej taką nadzieję. Brakuje mi jeszcze kilku ozdobnych elementów do planowanego  wystroju, więc dziś zaledwie dwie fotki.

Pozdrawiam/Lilit

 

Blogowy plan na bieżący rok

Wymiotłam z mieszkania ostatnie ślady świąt, przyjęłam pozycję horyzontalną na kanapie i zaczęłam snuć blogowe plany na rok bieżący.

Skończyło się na jednym (nawet planów snuć ostatnio nie potrafię!). Planuję dalej prowadzić bloga. Jakieś dwa miesiące temu przypięłam do niego etykietkę Blog Lifestylowy, po czym parknęłam śmiechem. Długo się jednak z siebie nie śmiałam. W końcu lifestyle to nadzwyczajniej w świecie SPOSÓB życia. W moim sposobie życia brak miejsca na pękającą w szwach od modnych ciuchów garderobę, na arsenał kosmetyków, na wystrój wnętrz w oparciu o najnowsze trendy. No to z czym do ludzi?! Wielokrotnie się nad tym zastanawiam 😉

Miłego sobotniego wieczoru!/Lilit

 

Pobieżne podsumowanie minionego roku

Po ozdobieniu wazonu na kuchennym stole kwiatami eustomy (usuwam powoli ślady świąt z mieszkania),

skusiłam się na podsumowanie starego roku.

1/ Nie podróżowałam dalej niż 50 km od miejsca mojego zamieszkania.

2/ Fatalnie znosiłam letnie upały.

3/ Nie dotarłam nawet do półmetka z planowanymi wnętrzarskimi projektami.

4/ Fibro dała mi porządnie popalić długimi okresami bólowymi.

STOP! STOP! STOP! Jak dobrze, że ta druga ja we mnie dostrzega wszystko inaczej od tej pierwszej! Od początku więc…

1/ Odwiedziłam wiele pięknych miejsc.

2/ Doświadczałam niezliczonych, cudownie orzeźwiających kąpieli podczas letnich skwarów. Kocham zanurzać się w wodzie!

3/ Remont dwóch pomieszczeń w ciągu jednego roku to przecież bardzo dużo!

4/ Pomiędzy jedną niemocą a drugą mogłam ładować baterie spędzając mnóóóóóóstwo czasu poza domem. Piknikowałam na zielonej trawie i piasku plaży, zbierałam owoce do smacznych wypieków i jeszcze smaczniejszych smoothie, ozdabiałam wazony bukietami polnych kwiatów, biegałam z aparatem fotograficznym w tę i z powrotem uwieczniając to, co uznałam za warte uwiecznienia. Jednym słowem oddawałam się tzw. małym rozkoszom życia. Jesień co prawda przedreptałam w mgle. W mniejszej części dosłownie, w dużej części w przenośni. Ale i ta gęsta fibro mgła miała swoje dobre strony. Jedną z nich było to, że mój partner, który o kuchmarzeniu marne ma pojęcie (jak sam twierdzi, nie protestuję), zwalniał mnie wielokrotnie z przyrządzania posiłków. I muszę przyznać, że jego potrawy smacznymi były! Szczególnie kurczak po tajsku i pizza po hawajsku (gotowe, kupne dania) 😉

Rzeczy można widzieć na różne sposoby. Rok 2018 postanowiłam przenieść do Filmoteki Pamięci w jego bardziej pozytywnej wersji.

Do kolejnego wpisu!/Lilit

 

Głęboki wdech, wydech, głęboki wdech, wydech…

,,, i tak przez ponad godzinę. Była też gorąca herbata i słodkie cynamonowe bułeczki.

Chociaż zimno i wietrznie, bez spacerów ani rusz! Szczególnie po świętach. Łazikując marzyłam o wiośnie, bo tak to wszystko smutno obecnie w naturze wygląda, że to uczucie udzieliło się i mnie. Roześmiane od ucha do ucha słońce przyszło jednak z pomocą i kąpiąc się w jego promieniach podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce, nastrój mi się odrobinę poprawił. Gdy zaś w małej nadmorskiej wiosce, o którą z Wikingiem zahaczyliśmy, dostrzegłam przytulone do muru starego budynku róże, zrobiło mi się na duszy jeszcze weselej. Róże przy końcu grudnia nie są tu widokiem cieszącym oczy każdego roku.

Nie wiem czy te wszystkie dzisiejsze głębokie wdechy i wydechy wyjdą mi na zdrowie, ale czas spędzony poza domem dodał mi sporo energii. Ogromnie jej potrzebowałam! Jak Tobie minął przedostatni dzień roku? Czy i Ciebie gdzieś dziś pognało?

Pozdrawiam/Lilit

 

Czego Lilit nie ma a co ma?

Lilit nie ma ani instagrama, ani facebooka. Jej wpisy są jednak często instagramowe i facebookowe. Lilit nie ma też candy na blogu, bo nie lubi łapówkarstwa. Żyje sobie spokojnie na peryferiach blogosfery. Nie pożera jej ambicja stania się KIMŚ w wirtualnym świecie. Czy Lilit ma talent do blogowania? Ma-nie ma-ma-nie ma-ma-nie… Oj, zabrakło jej owoców na gałązce tarniny… 😉

L ma przynajmniej nadzieję, że od czasu do czasu kogoś czymś zaciekawia. Czyż nie jest to wystarczający powód do prowadzenia bloga?