Nurkowanie w kałużach

Kocham deszcz. A jeśli pada deszcz, to i tworzą się kałuże.
Nurkowanie w nich to bardzo przyjemna rozrywka. Oddaję się jej od lat.

nurkowanie w kałużach 2

(Nie, to nie ja na powyższym zdjęciu. Jestem „odrobinę” starsza od uroczej modelki)

Nurkuję oczywiście oczami, nie całym ciałem, co skutecznie chroni mnie przed trafieniem do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.

Kałuże są trochę jak obrazy o zmiennych motywach.
Przejeżdżający samochód pozostawia w nich kawałek siebie tylko na chwilę…

pada deszcz

… i już go nie ma. Pojawia się tam coś innego.

W rozległej kałuży na pobliskim boisku szkolnym zaobserwowałam kiedyś zanikanie obrazu w błyskawicznym tempie. W przeciągu zaledwie kilkunastu minut obraz wyparował.

w kałuży 2

Podobnie szybko pozbawiona zostałam ciekawego widoku jachtowych masztów przy portowym nabrzeżu.

w kałuży 3

Obraz wieży wodnej uchował się dłużej. Do chwili, gdy grupa maluchów w kolorowych gumowcach przeistoczyła go w błotnistą nieforemną maź.

w kałużach

Poniższy malunek był jednym z ostatnich w historii chodnika. Po wyrównaniu płytek krople deszczu muszą szukać innych miejsc na naciąganie malarskiego płótna.

w kałuży 5

A ten obrazek (przez siatkę) uwiecznia część szkoły, do której chodziła moja córka. Jest pamiątką pełną wspomnień. Tak zamiast bardziej „normalnego” zdjęcia pokazującego ten budynek w całej jego okazałości i bez zniekształceń.

w kałuży 4

Nurkuję nie tylko w kałużach, ale i w głębszej wodzie. W wodzie stawów, jezior i morza. Nie tylko latem. Kiedyś pokażę tu może parę obrazów z pogranicza impresjonizmu i surrealizmu.

Dojrzane oczyma wyobraźni

Wychodząc na spacery, zawsze z aparatem fotograficznym w kieszeni, często widzę coś, czego nie widzą inni (mam ponoć strasznie wybujałą wyobraźnię). Czym prędzej to coś uwieczniam i niekiedy dzielę się tym z odwiedzającymi niniejszy blog.

Ostatnio wpadłam, całkiem przypadkiem, na przyleśnego „gnoma”.

jesiennie 3

Bezskutecznie próbował się kamuflować. Jego obecność nie uszła mojej uwadze. Z miny wiekowego stworka sądząc nie był zbyt zadowolony ze spotkania 😉

W godzinę dookoła świata

Ach… – wzdycham – gdybym tak mogła zamieszkać w ogrodzie botanicznym!
Nie mogę. Nie pozwalają.
Mogę jednak odwiedzać przynajmniej jeden z nich dość często. Położony jest niedaleko miejsca mojego zamieszkania.

Podczas bytności w nim na przełomie zimy i wiosny, gdy flory w kolorowych mundurkach pod błękitem nieba jeszcze mało (często i błękitu nieba nie uświadczysz) , funduję sobie godzinną podróż dookoła świata w tamtejszej oranżerii.

Wałęsając się po amazońskiej dżungli łapię oddech jak ryba pozbawiona naturalnego środowiska. Nie jest lepiej, gdy trafiam do pewnych zakątków Afryki. Bywa jeszcze gorzej, gdy ląduję w Indonezji, gdzie muszę przysiąść na ławce, bo jestem bliska omdlenia.
Kątem oka obserwuję przepiękne liście egzotycznych drzew, zabawy kropli wody, traktujących je jako zjeżdżalnie i „małpie ogony” bujające się wśród roślinności…

??????????

W Indiach podziwiam dumnie strzelające w górę kwiaty lotosu. Na otoczonych ścianami płatków tronach siedzą legendarni władcy a ich lud gromadzi się tłocznie wokół nich.

kwiat lotosu

W chińskim lesie bambusowym doświadczam majaków. Wszędzie widzę pandy!

Egzotyczne miejsca klimatu gorącego i wilgotnego przypominają sklepy, gdzie można kupić (wzrokiem, za śmiesznie niską cenę) „zamki błyskawiczne”…

lisc 3

…”zwoje pergaminu” z kryptycznym tekstem…

lisc 2

…eleganckie „skórzane kanapy”…

??????????

czy „maty do akupresury”…

lisc 4

Odwiedzając Australię, przytulam się do eukaliptusa i pozwalam sobie na zmiażdżenie między kciukiem i palcem wskazującym kawałka liścia. Po tym (surowo zabronionym) zabiegu leczę przez chwilę nieżyt nosa.

Na bajecznych wyspach Oceanii, odkładam aparat fotograficzny na bok i po wszystkich achach i ochach nad barwnym kwieciem o wyszukanych kształtach, tańczę (w myślach) z tubylcami.

Kaktusom w Meksyku zdjęć nie robię. Czepiają się mnie bezczelnie o byle co na każdym kroku!

Przemieszczając się z jednej strefy klimatycznej do innej, dochodzę za każdym razem do wniosku (pomimo niezapomnianych wrażeń z podróży), że najlepiej czuję się w strefie umiarkowanej, czyli poza oranżerią…

Duch drzewa

Leśną ścieżkę zamykał wzniesiony przez naturę mur ze splecionych w czułym uścisku krzewów czarnego bzu. Kiedyś dokądś prowadziła. Kiedyś wiła się być może dalej, jak wąż, bo nie wszystkie ścieżki w lesie są proste.
Obok muru czarnego bzu strzelały w niebo stare buki. Okaleczone czasem, napiętnowane walką z żywiołami, pokryte bliznami lecz ciągle żywe.
Szeptały do siebie o czymś, czego nie potrafiłam zrozumieć. Może dzieliły się ze sobą tajemnicami? A te przecież nie dla uszu każdego są przeznaczone.
Zdawały się rzucać na mnie czar, przyciągały, hipnotyzowały. Ich głowy nachylały się nade mną, obserwowały mnie, zastanawiały się dokąd idę i po co…
Podeszłam bliżej.

Dostrzegłam JĄ w pniu jednego z drzew. Śpiącą wiecznym snem. Śniącą sen nieznanej mi przeszłości. Zmumifikowaną. Zastygłą w buku, który otulał jej ciało, z wyjątkiem twarzy, jak kocem.
Emanujący z NIEJ spokój stał się na chwilę i moim spokojem. JEJ cisza, moją ciszą…

duch drzewa