Po przebudzeniu

Oj, jak mi się marzy, aby moje sny były słodkie, przyjemne! Może czułabym się wówczas bardziej żywa witając nowy dzień. Często mnie ktoś w nich goni, spycha w przepaść, wyrzuca z samolotu itp.  Po przebudzeniu, osnuta lepką pajęczyną traumatycznych przeżyć, chcę widzieć wokół siebie rzeczy ładne.

Rzeczy ładne, to pojęcie bardzo względne. Dla mnie są to np. ozdoba wazonu na stoliku nocnym (ostatnio minimalistyczna, w postaci liścia paproci z kawałkiem korzenia), ceramiczna ręka znaleziona w sh i przemalowana na czarno (przesłodzone malowidła na niej nie były w moim guście), bluszcz w wazonie na komodzie zapraszający swymi „ramiona” do tańca i…

… inne szczegóły.

Obrazki na fotce niżej (plus kilka innych) czekają na umieszczenie w ramkach. Pocałunek autorstwa Adama Martinakisa, jak i resztę jego dzieł, pokochałam kilka lat temu. Trudno przejść obok nich obojętnie.

Wszystko to sprawia, że nocne koszmary popadają dość szybko w niepamięć. Odczuwam z tego powodu ogromną ulgę.

Uściski/Lilit

 

Reklamy

Ptaki w locie

Czasami najprostszy motyw obrazu czy zdjęcia przyprawia mnie o przyjemny dreszcz ekscytacji. Tak było w przypadku posteru z ptakami w locie.

Jest cudowny w całej swojej prostocie! Przyciąga wzrok dziesiątkiem ptasich siluetów. Ptaki, po dłuższym wpatrywaniu się w nie, ożywają. Zdają się lecieć do im tylko znanego miejsca. Tańczą taniec wolności. Skusiło mnie na kolejne małe zmiany w sypialni, gdzie poster będzie dodawał mi skrzydeł każdego ranka. Mam przynajmniej taką nadzieję. Brakuje mi jeszcze kilku ozdobnych elementów do planowanego  wystroju, więc dziś zaledwie dwie fotki.

Pozdrawiam/Lilit

 

Christmas vibes

Adwentowe świece na stole,

kilka modrzewiowych szyszek tu i tam, para białych świerków w oknie, trochę innych dekoracji rymujących się z zimą, i mam już kawałek świątecznego nastroju w mieszkaniu.

Nie przesadzam z nadmiarem ozdób. Przytulność można osiągnąć na wiele sposobów. Rezygnuję w tym roku z typowych dla Bożego Narodzenia gwiazd betlejemskich i cyklamenów. I tak długo u mnie nie wytrzymują. Nie rozumiem dlaczego! Mam przecież zielone palce!

Nie opłakuję faktu, że mało dnia o tej porze roku. Tak przyjemnie wtulić się po zapadnięciu zmroku w kanapę z garstką pierników w ręku i gorącą herbatą, obejrzeć ciepły film, albo po prostu obserwować grę świateł za oknem. Dziś byłam nieco ambitniejsza, upiekłam ciasto cynamonowe z migdałami i białą czekoladą. Kolejny łatwy i smaczny wypiek.

Przepis: 2 jajka ubiłam do puszystości z 3/4 szklanki cukru. Dodałam trochę mniej niż szklankę mąki pszennej, odrobinę mniej niż łyżkę stołową cynamonu i odrobinę więcej niż 1 łyżeczkę proszku do pieczenia. Wymieszałam. Do powstałej masy trafiło 75 g masła i 4 łyżki stołowe wody (oba składniki zagotowane wcześniej). Całość przelałam do podłużnej foremki o pojemności około 1,5 litra i posypałam rozdrobnionymi migdałami. Piekłam 40 minut w niższej części piekarnika o temperaturze 175 stopni. Po wystudzeniu ciasto ozdobiłam skruszoną białą czekoladą.

Udanego weekendu!/Lilit

 

I znów trafiło do przedpokoju coś nowego

Nowego u mnie, bo tym czymś są kolejne znaleziska z sh. Ciekawy print szwedzkiego artysty Paula Riessera o tytule „Sliced” zdobi od wczoraj jedną z przedpokojowych ścian.

A na betonowej podstawce do pochodni (ani na balkonie, ani tymbardziej w mieszkaniu pochodniom płonąć nie przyzwalam) postawiłam betonową szyszkę, która tak wyesponowana prezentuje się okazalej.

Podstawka wymagała odświeżenia. Była biała, ale jej biel przypominała przybrudzony śnieg. Trochę farby i kilka pociągnięć pędzlem zrobiło swoje.

Przed świętami spocznie może na niej lampion. Innym razem posłuży mi za wazon. Już widzę, jak zdobi ją fikuśnie uformowana gałązka jakiegoś drzewa lub krzewu. Jedna rzecz a da się ją wykorzystać na wiele sposobów! Tak lubię!

Dobrego wieczoru!/Lilit

 

Jeśli coś mi wpada w oko…

…i jeśli to coś pasowałoby w moim mieszkaniu, tworząc w jakimś jego kąciku przyjemniejszą atmosferę, i jeśli na to coś mnie stać, kupuję! Tak było z printem na fotce niżej. Zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia. Dojrzałam go w jednym z second handów, który dość często odwiedzam, więc jego zakup nie nadwerężył domowego budżetu 😉

Print nabyłam w złotej, zupełnie nie w moim stylu, ramce. Lepiej wygląda w ramce białej. I tak sobie myślę, że jeszcze bardziej do twarzy byłoby mu w czarnej. Od kilku dni po nocy, otwierając drzwi z sypialni do przedpokoju, staję oko w oko (dosłownie) z fantazyjnym, kosmicznym krajobrazem. Jest to miłym początkiem dnia!

Nie udało mi się, niestety, odszyfrować tożsamości autora/autorki motywu. Szkoda, bo chętnie zobaczyłabym więcej jego/jej prac.

Dobrego poniedziałku!/Lilit

 

Jeszcze trochę jesieni, zanim przeminie z wiatrem

Pochodziłam sobie znów po tej jesieni, poobserwowałam roztańczone liście i chętnie potańczyłabym z nimi. Nie dziś. Innym razem! Wilgoć przylepiała mi się do twarzy a wiatr bawił się moimi włosami. Nie protestowałam. Oczu nasycić nie mogłam barwami trzeciej pory roku. I tymi spranymi, i przypalonymi, i jaskrawościami. Moją uwagę nieustannie przykuwały artystycznie powyginane gałązki drzew i krzewów, owoce, suche badyle różnych gatunków flory, których nasiona zdążyło rozwiać na cztery strony świata. Kusiło mnie, żeby zabrać to wszystko do domu. Opamiętałam się jednak i do domu przyniosłam tylko trochę. Czy ja potrafię wracać ze spacerów z pustą ręką? Nie potrafię!

W otoczeniu takich bukietów planowałam posłuchać L’autunno Vivaldiego. Zamiast tego uchyliłam balkonowe drzwi i wsłuchałam się w typowy dla jesieni odgłos przelatujących tu codziennie dzikich gęsi, I ten koncert był piękny!

Pozdrawiam/Lilit

 

Październikowa niedziela i chwila refleksji

Przywitał nas dziś rano śnieg i pomimo iż jeszcze się do niego wewnętrznie nie dostroiłam, miło było obserwować jego roztańczone białe płatki. To taki ładny widok! Podejrzewałam, że nie pobieli długo i będę mogła wybrać się na polowanie na jesienne bukiety. Jak długo przyroda ma mi coś do zaoferowania, wizyty w kwiaciarniach odpadają. Wróciłam do domu zziębnięta na amen, ale z płucami pełnymi świeżego powietrza oraz z naręczem gałązek krzewów pokrytych barwnymi liśćmi albo owocami.

Jakże przyjemnie obcować z jesienią także w mieszkaniu!

Gdy uporałam się z bukietami zaczęło się ściemniać. Coraz mniej dnia o tej porze roku, nie tęsknię jednak za światłem słońca do późnych wieczornych godzin. I wczesny zmierzch ma swój urok. Sprawia, że robi się w czterech kątach przytulniej. Uczucie to potęgują zapalone świeczki.

Jedzenie obiadu w takiej atmosferze jest doprawdy rozkoszą!

Po obiedzie zebrało mi się na refleksje. Jaka to ja jestem uprzywilejowana! Mam ciepłą rodzinę, dach nad głową i nigdy nie idę spać głodna. Jestem za to losowi ogromnie wdzięczna. Tak łatwo zaprzątać myśli tym, czego w naszym życiu brak. O wiele trudniej docenić to, co mamy.

Dobranoc/Lilit

 

Domowe migawki – part I

Za oknem szaleje wichura a ja silnych wiatrów nie znoszę, bo przyprawiają mnie o panikę. Próbowałam skoncentrować się na przeglądaniu czasopism, ale nie szło mi z tym najlepiej.

Postanowiłam więc pobiegać z aparatem fotograficznym po mieszkaniu. Fotografowanie zawsze mnie wycisza. Masz ochotę mi potowarzyszyć? Zapraszam!

Jedną ze ścian przedpokoju zdobią od niedawna nowe obrazki.

Leo to mój Mąż, ja jestem Gemini. Te konstelacyjno-zodiakalne dekoracje bardzo przypadły mi do gustu. Uważam, że w przedpokoju pasują jak ulał. Witają przekraczających próg mieszkania maleńką prezentacją jego właścicieli.

W sypialni nie zmieniło się prawie nic od ostatniego wpisu o niej. Do wazonu trafiła gałązka z małymi jabłkami dodając pomieszczeniu jesiennego charakteru.

Łóżko zaś ozdobił wielki, przytulny szal, który podrzuciła mi Córka. Zamiast otulać nim szyję, przydzieliłam mu funkcję pledu.

A oto ciemna strefa mojego mieszkania, gdzie jest trochę nowego i sporo vintage. Jeszcze kilka lat temu marzyła mi się wymiana mebli na bardziej up to date, dziś cieszę się, że tego nie zrobiłam. Mąż ciągle o tym marzy 😉 Po wymianie szkła w witrynach oraz uchwytów przy szufladach meble zostały odrobinę zmodernizowane. I w nosie mam najnowsze trendy! Podoba mi się ich kolor, forma i rozmiar, oraz to, że są solidne. Pokój dzienny tonie latem w słońcu, ciemne drewno łagodzi jego intensywne światło. Zimą natomiast barwa drewna dodaje wnętrzu ciepła.

Za szkłem sporo szkła.

Na półkach bez przeładowania. Nie będę kłamać, że uwielbiam odkurzanie tysiąca ozdób.

Metalowy stolik z rośliną doniczkową na jego szklanym blacie stanowi miły, dekoracyjny akcent przy balkonowych drzwiach.

Czarna dama, lądująca zbyt często na podłodze podczas sprzątania, ciągle jest w jednej części. Muszę przytwierdzić ją do cięższej podstawy, aby w takim stanie pozostała…

Uratowane od zagłady torso, o czym pisałam tu wcześniej,  nie przestało mi się podobać. Często zawieszam na nim oko, i o to właśnie chyba chodzi podczas urządzania domu, o otaczanie się rzeczami, które lubimy.

Ptakom widać u nas dobrze, nie myślą o odlocie.

Ja mam takowy w planach na najbliższe pół godziny. Czuję się senna. Więcej domowych migawek wkrótce.

Cieplutko pozdrawiam/Lilit

 

Coraz bardziej jesiennieje

I za oknem, i w moim mieszkaniu.

Jesień namawia do wyciszenia się, zmniejszenia tempa, wręcz do lenistwa. Nie jest mi łatwo ulec jej namowom, bo po lecie, gdy nieustannie mnie gdzieś gnało i dużo spacerowałam, nie potrafię ot tak zmienić kierunku jazdy. Wymaga to trochę czasu, ale z dnia na dzień coraz mniej ciągnie mnie na zewnątrz. 9 stopni powyżej zera przy wysokiej wilgotności powietrza błogim ciepełkiem nazwać nie można, a straszny ze mnie zmarzluch. Poza tym za oknem często wyją przeraźliwie silne wiatry, a z grafitowego nieba leją się strugi deszczu, co absolutnie nie zachęca do wyściubiania nosa za drzwi.

Mój pokój dzienny ubiera się w odcienie burgundu i granatu. Tej jesieni jest ponoć bardzo modny kolor musztardowy. Pozostawiam tę barwę tym, którzy ją lubią.

Coraz częściej otulam się kocem na kanapie i czytam.

Ostatnio wzięłam na warsztat „Outlandera” Diany Gabaldon. Co prawda po obejrzeniu trzech sezonów serialu opartego na tej książce, a szczególnie po scenie, gdy Jamie wskoczył podczas rasowego sztormu w otchłanie oceanu ratując swą ukochaną Claire, co mu się oczywiście bez większych problemów udało, cała historia sporo w moich oczach straciła. Na pytanie czy zrobiłby to samo, mój Wiking odpowiedział: „No chyba żartujesz!”. No cóż, nie każda kobieta ma szczęście mieć przy boku Mr Frasera! Fragmenty powieści ociekają krwią a ja mam słabe nerwy, więc podczas lektury zajadam ciasto. Wczoraj upiekłam gruszkowe z orzechami włoskimi. Smakuje o niebo lepiej niż paznokcie 😉

Jesień nastraja także do zapalania świec, co od dwóch tygodni praktykuję. Rezygnuję z kilkunastu świec, płonie u mnie wieczorami jedna albo dwie. Ale i taka skromna ilość nadaje wnętrzom więcej przytulności.

Przy blasku świec obiady jemy wolniej. I wcale nie dlatego, że nagle zaczęłam przyrządzać kulinarne rarytasy, którymi należy się długo delektować. I wish! Niestety, trzymam się kurczowo dań prostych, co nie oznacza, że nie są smaczne.

Jabłkowe desery jeszcze nam się nie przejadły. Ten na zdjęciu niżej robi się prawie sam, jest pyszny i smakuje jak sernik.

Oto przepis: 2 jajka i trochę mniej niż pół szklanki cukru zmiksować do puszystości. Dodać szklankę creme fraiche i łyżeczkę cukru waniliowego. Dokładnie wymieszać. Obrać cztery jabłka i pokroić je na cienkie plasterki. Ułożyć w foremkach o średnicy 12 cm i zalać masą. Piec w środkowej części piekarnika w temperaturze 200 stopni 25-30 minut.

Czym Ty wypełniasz sobie czas jesienią?

Do następnego napisania/Lilit